Na początku przeszedłem się przez mój poddomowy park Városmajor. W deszczu jeszcze go nie widziałem, dlatego się podzielę tym widokiem. Przy okazji zamieniłem słówko z Beethovenem (akurat Mozart poszedł na spacer).
Najpierw poszedłem do biblioteki w Instytucie Polskim, żeby książki wymienić (co było nawet po drodze), a następnie udałem się prawie na sam koniec żółtej linii metras, czyli do parku Városliget. Jest naprawdę duży, jest tu naprawdę duże jeziorko, które niestety w większości jest odcięte od wody - czyli widać betonowe dno.
Ciekaw jestem co było w tym domku. Antenę satelitarną miało, porośnięte bluszczem ściany miało, może jakaś śpiąca królewna albo inna dziewica czekała na księcia? :D Dziwiło mnie też parujące jeziorko, ale pewnie po prostu woda była ciepła i tyle. Przy Hősök tere ujrzałem cud polskiej myśli technicznej. Drugi raz już w BUD, ale tym razem zdążyłem wyjąć aparat i złapać tył polskiego fiata 126p (to to pomarańczowe coś).
Potem już tylko spacer Andrássy út, czyli taką fajną aleją w stylu Pól Elizejskich (ale o tym już mówiłem), oczywiście w mniejszej skali.
Doszedłem aż do Oktogon i stamtąd pojechałem do CH Mammut. Gdybym miał je porównać do jednego z centrów warszawskich, byłoby to najpewniej CH Wileńska - też dużo pięter, lekka ciasnota, ale klimat miły. No i Sphinxa tam dojrzałem.
Chciałem dziś iść do kina na "Bękarty wojny", tym bardziej, że bilety do końca weekendu są tylko po 500Ft, ale stojąc w kolejce się rozmyśliłem. Nawet nie wiem czemu. Może dlatego, że sam byłem? Nie lubię samemu do kina chodzić. To kto chce iść ze mną w weekend do kina? Ja stawiam ;)
Musisz coś kochaniutki pokombinować z tym aparatem, bo umiarkowanie wyraźne są te zdjęcia. Spacer miałeś ciekawy, podoba mi się w tym Budapeszcie przynajmniej to, co pokazujesz na swoim blogu. Nie wiem czemu tak mało osób tu zagląda i hołubi Twoje wypociny (-:
OdpowiedzUsuń