
Moje gusta muzyczne są czasem tak jak znajomość dowcipów jednego z bohaterów "Rejsu". Lubię zwykle słuchać to co znam. Ale czasem nachodzą mnie takie momenty, żeby szukać nowych rytmów, nowych dźwięków. W ten sposób stałem się fanatykiem ska (i niech nikt się nie waży mówić, że to reggae z trąbkami, bo zabije!), zakochałem się w Cult of Luna czy nawiązałem romans z elektronicznym MGMT. Dziś znowu to poczułem.
Lubię muzykę w wykonaniu wokalistek. Nie wiem czemu. Może dlatego, że uwielbiam kobiecy głos? W każdym bądź razie chętnie podsłuchuję w przerwach między ciężkimi gitarowymi riffami a elektronicznymi bitami popisów pięknych pań o pięknych głosach. Nelly Furtado, Duffy, Katy Perry, Amy McDonald.
Po tym przynudnym i przydługim wstępie przechodzę do sedna. Jestem zauroczony. Hanne Hukkelberg. Norweżka urodzona w Kongsberg, śpiewająca po angielsku, doświadczona jazzowo i heavy metalowo. Wokal delikatny, ale jednocześnie ma w sobie tę charyzmę, która sprawia, że siedzę na tarasie, popijam Staropramena i podziwiam widok na Jánoshegy. Muzyka w tle delikatna, ale wyrazista - przy pomocą głównie gitary maluje pejzaże pełne emocji. Jest też pianino, trochę sentymentalne, trochę smutku w nim. Czasem mam wrażenie, że słucham Sigur Rós. Czy to już jest post-rock czy jeszcze pop?
Nie potrafię pięknie pisać o muzyce. Nie umiem nazwać uczuć, jakie towarzyszą mi danemu utworowi. Dlatego wychodzę z założenia, że zamiast tysiąca słów wystarczy ledwie kilka taktów muzyki.
Hanne możecie znaleźć tu
Hanne Hukkelberg
"Blood from a Stone"
2009
Fajne, bardzo przyjemne, ale daleko jestem od miłości od pierwszego słyszenia. Jeżeli Ci się to podoba to może zainteresuje Cię to: http://www.youtube.com/watch?v=yedD4JsZyT0
OdpowiedzUsuń