poniedziałek, 7 września 2009

O moich kobietach.

Dostaje zniecierpliwione maile, błagalne komentarze, zdesperowane fanki dzwonią i płaczą. Dlaczemu? Bo za mało o Budapeszcie jest i moim niemoralnym życiu. Ja odpowiem najspokojniej w świecie. Spokojnie, nawet tydzień tu nie jestem. Jeszcze przyjdzie czas, już niedługo. A wtedy ustawię opcję podawania wieku, żeby nieletni nie gorszyli się treściami, a moherowi byli świadomi, że grzecznych rzeczy tu nie ma.

Ale jak już tak bardzo wszyscy mnie proszą, to proszę. Moja land-lady, zwana dalej Anną-Lindą, choć powinno się bez myślnika pisać, jest jednocześnie osobą młodą na tyle, żebyśmy razem wypili piwo albo wino i zapalili sziszę, których to sztuk posiadamy dwie, plus chore ilości tytoniu. Kolejnym moim współlokatorem jest Matteo, który to jest Kolumbijczykiem, który ma węgierskie korzenie, a przyjechał tu z Niemiec. Ach te koleje życia ludzkiego. Niestety, nie jest dealerem koki, haszu, trawki, broni (niepotrzebne skreślić). Ale za to zna miasto i służy za przewodnika po pubach i klubach. Trzecią moją współlokatorką jest Cora, z którą dzielę piętro. Nie mogę o niej za dużo powiedzieć, gdyż ponieważ nie ma jej. Pojawi się dopiero za 7 dni. Facebook na jej temat nie mówi dużo, poza tym, że jest Niemką. Może to oznaczać wszystko!

Mój pokój zajmuje górne piętro w dwupoziomowym mieszkaniu na ostatnim piętrze kamienicy w XII dzielnicy Budapesztu. Oznacza to tyle, że mieszkam w spokojnej, pagórkowatej dzielnicy, z okna mam widok na Górę Janusza, która jest duża i mam dosyć blisko na uniwersytet. Oczywiście mam cały pokój dla siebie, tak więc zapraszam na orgie i orgietki. Anna-Linda nie ma nic przeciwko. Wino jest tu tanie, tak więc możecie mi kupować. Ceny zaczynają się do 300ft (czyli na ludzkie pieniądze to będzie jakieś 4,50zł). Miejsce na podłodze jest, tak więc jeśli ktoś chce koniecznie dowiedzieć się jak to jest spać ze mną (panowie w przenośni oczywiście; panie mogą to traktować dosłownie), wystarczy mi to oznajmić, a ja poczynię specjalne przygotowania. Acha, mam tak na oko 40m2 tarasu, więc nie ma zajebistszego penthouse'a niż mój.

Ale Anna-Linda i Cora to nie jedyne moje kobiety. Są jeszcze mentorki. I tak zacznijmy od Dóry, która formalnie jest moją mentorką. Fanka futbolu z Debreczyna, osoba typu mało imprezowego, jak to sama ujęła, z facetem. Ale fajnie się gada, muszę się wreszcie ustawić z nią na zwiedzanie miasta. Z miejsca pozdrawiam Dórę i zapraszam na noc (choć oczywiście tego nie czyta i tym bardziej nie rozumie, więc mogę różne brednie tu wypisywać). Drugą mentorką, już nie moją, jest Anna, zwanka Panką. Panka to takie zdrobnienie imienia Anna. Podobno. Łot ewa. To jest typ przeciwny niż Dóra, dzięki niej poznaję miasto, podróżuję nocnymi (a właściwie to 956 - tak Q., pamiętam jak domu wracam!) i imprezuję z Madziarami i Madziarkami (tych trochę mniej, nie wiem czemu). Od jej paczki mam też zaproszenie na imprezę nad Balaton. Tak więc jeśli się tam nie utopię i telefon mi się nie rozładuje, to zrobię fotorelację.

Dziś był pierwszy dzień zajęć. O burdelu jaki panuje na uczelni napiszę kiedy indziej. Ale, że jest to bądź co bądź wydział humanistyczny, to przewaga płci pięknej klaruje się bez problemu. A że częściowo chodzę na wykład organizowany dla studentów z Kalifornii, to mam też w grupie łatwe Amerykanki. Z jedną całkowicie przypadkiem się nawet już zapoznałem. Julianna, California ma na imię, a okoliczności były obiecujące. Wiecie, taka sytuacja, co powoduje nawiązanie sympatii od pierwszego zdania, tajemnicze uśmiechy, ukradkowe spojrzenia, rumienienie się. Może rozwinę ten temat, bo widzę tutaj parę napalonych twarzyczek.

To tyle moich wytworów piśmienniczych.

A! Dla CookieMonstera wersja:
-> mój land-lord to Tamas, handluje spirytem przemycanym z Ukrainy i prowadzi skłot, w którym mieszkają sami nieudacznicy;
-> Matteo to dealer koki, który ma przejebane w Kartelu z Medellín, dlatego ukrywa się i jednocześnie zajmuje się sprowadzaniem dla mnie dziewczynek bez nóżek;
-> nie chodzę na żaden uniwersytet, tak naprawdę mnie wywalili za wygląd już pierwszego dnia, a mentorki to nie mentorki tylko kobiety innych obyczajów, które dokarmiają mnie suchym chlebem każdego poranka;
-> widok z "okna" mam na rzekę, oczywiście z poziomu rzeki, wszystko śmierdzi, jest wilgoć i grzyb.

Drogie Czytelniczki, oczywiście mam nadzieję, że ominęliście ostatni akapit :)

PS: Chciałem dziś fotoreportaż o drodze do szkoły zrobić, ale bateria mi padła w nieodpowiedniej chwili :( Obiecuję, że nadrobię to zaległość jak najszybciej.

PS2: Qlek, Anzelm mnie odwiedził! Tylko on o mnie pamięta i tęskni. Widzisz jak bardzo? :P

2 komentarze:

  1. Powiem Ci, że znów się obśmiałem jak chory psychicznie na widok zezowatej pielęgniarki. Jestem urzeczony tym, że myślisz o mnie i piszesz fragmenty specjalnie dla mnie.
    Poza tym, ja też o Tobie pamiętam, a Anzelma rzeczywiście nie było kilka dni, pewnie dlatego, że był u Ciebie. Wyślę Ci jakoś jego zdjęcie, żebyś mógł sobie wydrukować i nosić w portfelu (-:

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, tak! Chcę zdjęcie Anzelma!

    OdpowiedzUsuń

Cenzura nigdy nie śpi!