Przepraszam wszystkich stęsknionych, że dawno nie pisałem, ale miałem kilka powodów, przez które straciłem wenę. A potem do Polski przyjechałem na parę dni. Niestety z powodów własnej głupoty - głównie niepomyślunku o wykorzystaniu mp3 playera jakos pendraka nie wrzuciłem tej notki już po przyjeździe, a dopiero teraz. Tekst napisałem w drodze z Budapesztu do Krakowa. Tyle tytułem nudnego wstępu i zapraszam do lektury ;)
"Jak zapewne pamiętacie (albo i nie), kilka miesięcy temu napisałem notkę o sposobie dojazdu do Węgier. Wspomniałem między innymi o transporcie kombinowanym, mianowicie o autokarze OrangeWays do Krakowa, a potem z grodu Kraka do grodu Warsa i Sawy. No i postanowiłem wybrać tę opcję na podróż do kraju na czas ferii jesiennych.
Bilet zakupiłem elegancko przez Internet w połowie września, kiedy siedziałem bezczynnie w pokoju z nogą w gipsie. Ach, kocham transakcje przy użyciu kart kredytowych. Nie musisz się ruszać, a wszystko samo do ciebie przychodzi. Koszt oczywiście nie był duży, więc byłem podwójnie ukontentowany. Super. Daty też bardzo mi pasowały - wydłużały moje ferie do 10 dni. Miałem wyjechać w czwartek 22 X, a wrócić 1 XI. Ale nie uprzedzajmy faktów (by Boguław Wołoszański).
Aż nadszedł październik. Jesień, preludium kłopotów. Ale o tym może innym razem. Żeby nie było, jesień bardzo lubię. Ale ad rem. W pewne piątkowe popołudnie dostałem maila od OrangeWays z informacją, że moja czwartkowa podróż z przyczyn technicznych została odwołana. Przewoźnik bardzo przeprasza, kaja się, błaga Pana o wybaczenie i gwarantuje zwrot pieniędzy. Co mi po 7500Ft, kiedy nie mam kasy, a siedzenie bezczynnie bez środków do życia i imprezowania może być frustrujące. Dodatkowo dali opcję przebukowania biletu (Geez, prawie jak w WizzAirze) lub w swej wspaniałomyślności i miłosierdziu opcję na pociąg z BUD do KRK na środę wieczór. Mój tok myślenia był następujący: pojadę sobie w środę wieczorem, w czwartek o świcie będę w kraju i na Mazowsze dojadę 12 godzin wcześniej niż planowałem. Najs! Zadowolony z siebie wysłałem maila z "reklamacją" i informacja, że chcę pociągiem jechać. Było to 11 października.
14 października wysłałem maila jeszcze raz, na drugi adres (bo podane były dwa), tak dla pewności. Odpowiedzi żadnej nie dostałem. Wkurzyłem się, a że byłem już dostatecznie sfrustrowany życiem, to Cookie może potwierdzić czym może objawiać się agresja u bombla. Pojechałem do "biura" ichniego w Budapeszcie, które mieści się przy Ulloi ut, przy stadionie Ferencvarosu. Pani przy biurku powiedziała, że to tylko punkt sprzedaży i nie może mi pomóc. Czyżby była koniem? Zadzowniłem do CallCentre. Miła pani w telefonie powiedziała, że nic nie wie i nie może mi pomóc. Ale powiedziała, że zadzwonią, jak coś będą wiedzieć. Nie zadzwonili. Wysłałem kolejnego maila (dobrze, że bez pogróżek), oczywiście żadnej odpowiedzi, tak jak się spodziewałem. W końcu znowu zadzwoniłem w ten wtorek. Miła pani w telefonie (ale inna niż wcześniej) powiedziała, że z moim biletem jest wszystko w porządku i w czwartek mogę spokojnie udać się na Nepliget, w celu iżby pojechać do Polski. Zrobiłem minę w stylu o_O, stałem się confused, ale pomyślałem, że fajnie.
Wstałem o 5 rano w czwartek. Noc ciemna i głucha. Zrobiłem sobie zajebiste kanapki z serem, wędliną, papryka, keczupem i majonezem. Spakowany udałem się w miejsce odjazdu, a tam dwa autobusy - jeden do Pragi, drugi do Wiednia. "Kurva!" pomyślałem, po czym wróciłem do mojego penthouse'u w Budzie. Poczekałem do 10, zadzwoniłem do CC. Kolejna miła pani w telefonie powiedziała, że dzisiaj (znaczy w czwartek) nie jeżdżą do Kraka. Ale po spojrzeniu w mój e-ticket stwierdziła, że mają problem, przepraszają, kajają się, padają na kolana przed Panem i w ramach zadośćuczynienia przebukują bilet na piątek. Dobra, pomyślałem, bo chcę przyjechać jak najszybciej. (O śnieg w górach na Słowacji jest!). Szczęśliwie ten autobus normalnie jedzie, czego jesteście świadkiem, gdyż piszę siedząc w nim. Oczywiście notkę umieszczę jak uzyskam dostęp do sieci, a więc nie wiem kiedy.
Podróż dzisiejszym autobusem niestety rodzi pewne problemy. Otóż, autobus z Budapesztu wyjechał o 14:00, a do Krakowa przyjeżdża o 21:30. O tej porze mniej więcej jest tylko jeden pociąg do Warszawy, o 22:44. Jest to zwykły pośpieszny przez Katowice i Częstochowę. Do Wawy dojeżdża o 4:40... Potem jeszcze tylko pociąg do Żyrardowa o 5:20 i o 6:09 jestem w moim rodzinnym mieście. Jak łatwo policzyć podróż zajmie mi około 16 godzin.... Ale cóż, trudno się mówi. Najważniejsze, że jadę i "niedługo" znowu zjem prawdziwy obiadek :) a może nawet zdążę dziś do BK iść? Kto wie, kto wie.
Jadąc i pisząc słucham:
David Gilmour
[On an Island]"
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Słowem komentarza:
OdpowiedzUsuńW dniu przyjazdu w Galerii Krakowskiej (czy jak się tam zwie ta bezwstydna świątynia konsumpcjonizmu przy Dworcu Głównym) nie było jeszcze BurgerKinga, więc musiałem uraczyć się "wspaniałą", niszczącą organy wewnętrzne kolacją w maku.
Po drugie: autobus przyjechał sobie godzinę wcześniej do Kraka, ale za to pociąg spóźnił się jakieś 20 minut (tylko!). W domu byłem przed 6 :D
Jest jeszcze epilog dotyczący firmy OrangeWays, ale o tym już innym razem. Bo to śmiechowe jest :)