Mieszkam już w Budapeszcie trzeci miesiąc i szczerze powiedziawszy, nie zwiedziłem za dużo. Tak wiem, jest leniem. Ale nie poradze nic na to i jednocześnie dobrze mi z tym ;) Dziś jednak uległem namowom B. i K. i stwierdziłem, że pójdę do muzeum się odchamić. Wybór padł na Dom Terroru.Dobra, wystarczająco was wystraszyłem tą nazwą, ale do rzeczy. Jest to muzeum dokumentujące czasy dwóch dyktatur: nazistowskiej i komunistycznej. Tutaj mała dygresja. Wiem, że nie powinienem się śmiać ani szydzić z bolesnej przeszłości Węgrów, ale... Tutejsi naziole nazwali się strzałokrzyżowcami. Już samo to określenie brzmi debilnie, a ich logo (czerwona flaga, białe kołeczko pośrodku i cztery strzałki) wygląda jakby zaprojektował je jakiś Jacyków czy inny luzer. Ale dobra, temat poważny i będę ich nazywał naziolami, bo nimi byli.
Muzeum jest położone przy Andrássy út 60, czyli samo centrum, najlepsza ulica w mieście. Kamienica też niczego sobie, z końca XIX wieku. W przeszłości mieściła się tu najpierw siedziba główna nazioli, a po wojnie komuchy ulokowały miejscową tajną policję w tym samym miejscu. Ulokowanie tu muzeum było więc całkowicie normalne. Bardzo ciekawy efekt osiągnięto przez wydłużenie dachu ponad budynek i zrobienie prześwitu w kształcie gwiazdki, strzałek i napisu "TERROR", który może rzucać cień na chodnik. Ale nie wiem czy to robi, bo deszcz padał i nie było słoneczka.
Jeśli chodzi o samą wystawę, to wije się ona przez cały niemalże budynek. Jest to muzeum nowej generacji, coś w stylu Muzeum Powstania Warszawskiego (tyle, że to w Warszawie dużo większe i bardziej interaktywne jest). Proporcja eksponatów i tematyki przechyla się na korzyść lat 1945-89, z racji długości. Choć niektórzy dopatrywali się jakichś podtekstów politycznych (które pewnie były, ale nie mnie to oceniać). Ale żeby objąć całość, to zaczyna się od roku 1920 i traktatu w Trianon (Węgrzy mają kompleks), potem okres II wojny światowej, rządy nazioli, "wyzwolenie" przez czerwonych, kolektywizacja, rewolucja 1956 i generalnie życie w komuniźmie.
Ekspozycję oceniam bardzo wysoko. Wszystko sensownie rozplanowane, ciekawe eksponaty, ilustracja muzyczno-filmowa robi wrażenie (rock w trakcie filmów o inwazjach na Węgry miodzio!). W dziedzińcu kamienicy ustawiono wielką ścianę z fotografiami ofiar i czołgiem (T-34? nie wiem, o wypowiedź proszę ekspertów). W jednej z sal jest Czarna Wołga, która w pełnej ciemności rozświetla się na czerwono w środku. Są nawet walonki (zsyłki na Syberię). Stare radia, metalowe kielonki na wódkę, propagandowe plakaty. Można założyć na uszy słuchawki ludzi z łączności, odebrać telefon, w którym ktoś coś po madziarsku gada. Masa filmów dokumentalnych leci w tle. Piwnice... Zjeżdża się do nich windą z drugiego piętra, zajmuje to około 5 minut. W tym czasie ogląda się film, na którym facet opowiada, jak wygląda wykonywanie kary śmierci. Potem tylko gorzej. Realnie odtworzone cele. Wszedłem do jednej i poczułem się strasznie nieswojo - zimno, brudno, śmierdzi, wyposażenie jak w rzeczywistości. Łaźnia, izolatka, w której stało się na przestrzeni 1 m^2. Wreszcie sala, w której stoi szubienica, w tym momencie zrobiło mi się niedobrze. Potem, jeszcze tylko przejście przez salę, w której stało kilka następnych szubienic i wyjście na powierzchnię. Dobrze, że nic nie jadłem przed wejściem. Piwnice robią wrażenie, naprawdę. Tak jak kiedyś wizyta w katowni Gestapo na Szucha. Brrr...
Wadą według mnie jest bardzo mała ilość napisów po angielsku przy eksponatach czy cytatach. Można co prawda wypożyczyć angielskiego audio-przewodnika, ale to nie to samo. Nie lubię przewodników w muzeach, wolę sam wszystko oglądać. Pamiątki w sklepiku drogawe, ale nie przesadnie - przewodnik po BUD za 4500Ft. No dobra, drogo :) Nie we wszystkich filmach są napisy po angielsku. Aha, wstęp dla osób w wieku od 8 do 26 z krajów UE wynosi 900Ft.
W środku jest pełen zakaz robienia zdjęć, dlatego skorzystam z galerii umieszczonej na oficjalnej stronie Domu Terroru.









Czarną nocą czarną szosą zapie*dala czarna wołga... a gdzie ten czołg, co by można ekspertyzę Ci złożyć, co to za model?
OdpowiedzUsuńSwoją drogą, fajne są takie muzea. Nie wiem, jak teraz, ale w Londynie parę lat temu myślałem, że się zanudzę na śmierć: wszystko w gablotach, za sznurami, nic nie dotykać, kapcie do szurania zawiązywane na butach, zgroza. Tylko figury woskowe zawsze dawały radę, bo moża sobie było z nimi zdjęcia pocykać.