Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Erasmus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Erasmus. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 września 2009

Madziarskiego kurs języka po angielsku

Zawsze marzyłem, żeby być poliglotą. Mówić w wielu językach, bez problemu nawiązywać znajomości z innymi narodami, zarabiać więcej z tego tytułu. Zwykle mam jednak do nauki języków słomiany zapał. I nawet jeżeli spędziłem 9 lat nauki na niemiecki, to niestety nie pamiętam za dużo. Podobnie z 2 latami nauki hiszpańskiego i prawdpodobnie też się tak stanie z rosyjskim. Ale mam mocne postanowienie iść na kursy od przyszłego semestru. Wczoraj zaś zacząłem moją przygodę z najdziwniejszym narzeczem Europy, czyli węgierskim.

Nie ma potrzeby wspominać, że jest to język z rodziny ugro-fińskiej, aglutynacyjny, z 36 przypadkami (my mamy 7), 14 samogłoskami i słownictwem niepodobnym do niczego. Wystarczy powiedzieć tak: "O cholibka!". Język jest cholernie trudny. Już nawet składnia jest odwrotna i trzeba się pilnować, żeby podmiot był pierwszy. Nie mówiąc o dziwnej wymowie niektórych głosek, przy której można język połamać czy o wyrazach, które dwadzieścia kilka liter i nie wiadomo tak naprawdę, gdzie jest początek a gdzie koniec.

Ale słowa lektorki napawają mnie optymizmem - ma to być dobra zabawa. Nie oczekuję, że po 3 miesiącach nauki będę w stanie cokolwiek powiedzieć. Wystarczy, że będę wiedział jak poprawnie zamówić piwo w barze, mleko w sklepie. powiedzieć, że jestem biednym studentem z Polski i zbieram na wino czy zaoferować usługi seksualne przypadkowo napotkanym, ładnym, Węgierkom. No, dobra. Rozpędziłem sie trochę. Ale takie podstawy podstaw mają trochę ułatwić mi życie na obczyźnie. Matteo (mój współlokator) mieszka na Węgrzech od 5 lat, płynnie zaczął mówić gdzieś po 2 latach nauki. Ja tyle czasu miał nie będę, ale może kiedyś trafię na Węgry na dłuższy czas i wtedy rozwinę swoje możliwości lingwistyczno-winne.

Babka sama w sobie jest miła, z tego co mówiła, to chyba ma doświadczenie w prowadzeniu kursów językowych. Grupka nie jest wielka, nie liczyłem wszystkich, ale chyba koło 20 osób, z czego najliczniejsza nacja (o dziwo) to Polacy - jest nas 6 albo 5. Poza tym Czeszki, Belgijka, Niemka, Turczynka, Hiszpanie, Portugalczyk, E-stonka [;)], Litwinka, Izraelczyk. Taki ciekawy przekrój :) Pora nie jest za specjalna, bo środa o 18.15, ale da się przeżyć. Mam tylko 3 dni zajęć, więc nie mam co narzekać, a wręcz przeciwnie. Powinienem się cieszyć długimi weekendami (które są dłuuuugie ;D).

Newsy z życia bombla (bombel pisze się z małej litery, zawsze!):

-> Byłem wczoraj u lekarza - zdjęli mi gips, mam nosić przez 2 tygodnie taką mega wielką ortezę, za którą musiałem zapłacić... Na szczęście ubezpieczenie mam, więc prawdopodobnie mi zwrócą (albo i nie, dick knows).

-> Mam pierwszych gości z Polski - tu z miejsca pozdrowienia dla K. i L. i podziękowania za zapas wódki polskiej i ukraińskiej ;)

-> Nie pojechałem nad Balaton. Kolano niestety nie jest na tyle sprawne, poza tym nie mógłbym korzystać z dobrodziejstw wody i takich tam. Trudno się mówi, może kiedyś (taaaaaa).

To by było na tyle. W PestiEsti wyczytałem, że w październiku ma być coś w stylu Palinka Fesztival. Muszę dokładnie to jeszcze z Madziarką jakąś zweryfikować. Poza tym dziś jest GuinessFestival, z browarem po 300Ft w niektórych brytyjskich pubach. Chętnych zapraszam!

wtorek, 15 września 2009

Zapisy na lektorat

Jak już wspominałem kiedyś, rejestracja na zajęcia na ELTE odbywa się OSOBIŚCIE. Efektem tego na lektorat języka węgierskiego także trzeba było się stawić OSOBIŚCIE. I pomyśleć, że na UW już 4 lata temu na języki sami się zapisywaliśmy? Heh...

Jako, że chcę być w stanie w ludzki sposób zamówić podwójnego Whoopera w Burger Kingu, postanowiłem, że zapiszę się na kurs dla początkujących. Takich jak ja okazało się być kilkadziesiąt, więc kursy na pewno będą. Oczywiście wszystko się opóźniło, co po dzisiejszym dniu już mnie lekko poddenerwowało, ale jeszcze nie wkurzyło. Czekaliśmy, czekaliśmy, aż się w końcu doczekaliśmy.

Weszli.

Na początek tyrada nauczycielek (i nauczyciela jednego, ale dla ułatwienia zaokrąglę do samych pań), które wyglądały na studentki 4. roku i ONA. Szefowa. Szkoda, że nie miałem telefonu ze sobą, tak to bym ją na dyktafon nagrał. Ale co zrobić? Życie. Po kilku próbach udało się jej uciszyć rozwrzeszczany tłum i wtedy się zaczęło. Sposób wypowiadania się tej kobiety po prostu mnie zabił, dostałem takiej głupawki jak nigdy. No dobra, jak od miesiąca nie miałem. "Łi łil czek, hał mani stjuudents ar in dis grup" połączona z zaciąganiem włosko-suwalskim. Dokonano selekcji - na początek wypieprzyła wszystkich germańskojęzycznych po trzytygodniowym kursie. Oczywiście niedosłownie. Potem resztę germańskojęzycznych. Potem anglojęzycznych po trzytygodniowym kursie. I wtedy zostaliśmy my. MY! "Kompliiiit begiiinerrrs!" z sarkastycznym uśmiechem. Na tablicy wszystkie studentki, znaczy nauczycielki, napisały godziny, w których mają czas na dawanie (lekcji). Z B. planowaliśmy zapis do najładniejszej, ale potem stwierdziłem, że jak najładniejsza to najmniej umie i zapisałem się do średniej. Okazało się, że najlepiej po ang mówi, więc chyba źle nie trafiłem. Zapisy do grup też były śmieszne. Na zasadzie aukcji. Na początek suwalska Włoszka rzucała na pożarcie pierwszego nauczyciela, potem się ludzie zgłaszali, potem mówiliśmy, że nie w pon tylko w śr, potem myślenie nauczycielki, czy się zgodzi, jak się zgodzi, to znowu pytanie kto chętny. A potem wypierdalać. Znaczy wyjść na korytarz, żeby wpisać się na listę. Nie wiem co było dalej, bo wybrałem pierwszą z brzegu grupę - dłużej bym po prostu nie wytrzymał ze śmiechu. W grupie parę znajomych twarzy z zajęć, więc będzie okazja się zapoznać. Pora tylko niespecjalna, bo środa od 18.15 do 20. Ale z drugiej strony, dzięki temu mam tylko trzy dni zajęć, z czego jeden tak naprawdę od 10 do 20 zawalony, reszta zaś luźna. No, zobaczymy jak ten madziarski będzie mi szedł.

Z wiadomości z życia bombla:

-> Zajączek mi odpowiedział i zaakceptował listę przedmiotów. Niestety pierdolony USOS nie pozwala mi na żadną modyfikację systemu. Kurwa jego niedojebana mać, za przeproszeniem.

-> Znalazłem wino za 349Ft. Portugalskie. Do calimocho doskonałe.

-> Wycieczka z Panką i jej ziomkami nad Balaton nie wypaliła ;( ale co złe, to sie nie odwlecze (czy coś w tym stylu). Zapisałem się wczoraj na obóz koncentracyjny dla Erasmusów nad Balaton właśnie. Będzie trwał 4 dni i jak się nie utopię, to coś tu ujawnię. Albo i nie ;)

-> Miałem dziś pierwsze koło, z konwencji wiedeńskiej o prawie traktatów, ale chyba je zaliczę. W końcu Kosiarz - Władca Umysłów kazał na drugim roku niemalże się jej na pamięć nauczyć. Choć dopiero wczoraj ją po raz pierwszy na oczy widziałem :)

-> Nie wypiłem jeszcze win, co je kupiłem na festiwalu!

No to pozdro szejset wolt!

czwartek, 10 września 2009

Pierwszy tydzień z głowy

Uff! Nareszcie. Tydzień pracy wydłużył mi się o jeden dzień roboczy. Co prawda nie przemęczył mnie ani trochę, ale obowiązek pobudki przed godziną 16 skutecznie mnie zdemotywował. Ale ad rem. Chciałem przekazać swoje wrażenia z pierwszego tygodnia nauki na Eötvös Loránd Tudományegyetem.

Wszystko zaczęło się w poniedziałek. Tego dnia odbywała się rejestracja na wykłady organizowane dla studentów z Hameryki. Już o tym pisałem, więc nie będę się powtarzał. Trudności z uzyskaniem akceptacji na uczęszczanie na zajęcia spowodowały potrzebę poszukiwania innych, bardziej alternatywnych sposobów na uzyskanie punktów ECTS. Sorry Zajączek, ale stawiam Cię przed faktem dokonanym. Troszkę pozmieniałem w planie zajęć, dzięki czemu spędzę stosunkowo mało czasu na uczelni. Mianowicie trzy dni. To i tak zbyt dużo, gdyż ponieważ normalnie miałbym jeden dzień w tygodniu zawalony plus do tego jakies pojedyncze wykłady. Łot ewa. Oto przedstawiam mój autorski program studiowania stosunków (międzynarodowych) na ELTE doświadczonym studentom stosunków (międzynarodowych).

Pierwszy przedmiot jaki mi się trafił to "Budapest, Vienna, Prague: Urban Society and Culture from the Late 19th Century to the Present". Generalnie zajęcia nie są złe. Powiem więcej. Mnie, jako studenta gospodarki przestrzennej bardzo interesują. Poruszają różne aspekty związne z urbanistyką. Moje zboczenia są zaspokojone :) Poza tym wczoraj mieliśmy lekcję w terenie i fajniej było połazić po Peszcie niż siedzieć w auli i słuchać wykładu. Jedyny problem to Amerykanie, ale o nich za chwilę. Do tego można powiedzieć, że dostanę 6 punktów ECTS za napisanie trzech prac: jednej na 5 stron, drugiej na 10, a trzeciej dodatkowo. Luuuuz.

Drugie zajęcia, na które uczęszczam to "The Individual and the State in International, European and national Law". Czyli jedna wielka powtórka z prawa międzynarodowego publicznego. Dziś się załamałem na wykładzie. Na pytanie prowadzącego, czy słyszeliście o Kosowie (sic!) [nie, wcale kurwa, w ogóle kurwa o tym pracy magisterskiej nie piszę], jedna Hamburgerka się zgłosiła i powiedziała: "Ja słyszałam o Kosowie, tam byli Albańczycy, których Serbowie nie lubili, i potem była wojna i potem Serbowie uciekli" (koniec cytatu). Poczułem się jak debil w szpitalu psychiatrycznym. Sorry, w szpitalach psychiatrycznych trafiają się ludzie uzdolnieni. Problem z tym wykładem (a może to nie będzie problem?) jest taki, że będą dwa kolokwia i praca do napisania. Ta praca to tylko po to, żeby mieć 6 ECTS-ów. Chociaż przy takim poziomie to z palcem w dupie powinienem uzyskać.

Kolejny przedmiot to: "Reading Seminar in International and European Law". Czytaj: poraz dziesiąty na tych studiach będziesz "czytał" Kartę NZ i będziesz fajny. Najgorsze jest to, że ma być wejściówka z tego co się miało przeczytać, ale jakoś się to przeżyje. Przetrwałem Kosiarza i Gardoca. Nic gorszego już mnie nie spotka. A w nagrodę dostanę 5 punktów.

I ostatnie zajęcia, "History of Sociology I.", to jak nazwa wskazuje, historia socjologii. Nic gorszego już mnie spotkać nie mogło. No dobra, statystyka mogła być gorsza. Ale chyba nie będzie źle. Chodzić na zajęcia i coś jeszcze, tylko nie pamiętam co zrobić i trzy punkty do kieszeni wpadną.

Razem daje to 20 ECTS-ów, które sprawią, że 9. semestr studiów zaliczę dobrze się bawiąc, a nie chodząc na Pronińską czy Jędrzejowską ;)

We wtorek idę jeszcze na spotkanie w sprawie lektoratu języka węgierskiego. Fajnie będzie się nauczyć, jak zamówić piwo w knajpie, albo jak poprosić o udziec indyczy w sklepie mięsnym. Ale to dopiero pieśń przyszłości.

Bawiąc się słowami słuchałem:
MGMT [Oracular Spectacular]

poniedziałek, 7 września 2009

Rejestracja na zajęcia


Dziś miałem pierwszy dzień zajęć, już po okresie rejestracyjnym, który jednak cały czas trwa i zakończy się najpewniej w piątek.

Powiem na początek jedno. O KURWA! Jaki burdel! Myśleliście, że na UW jest źle, że wujek USOS to maszyna co niszczy psychikę ludzi i czyni z nich warzywa? Jeśli tak, to jesteście w błedzie. Nie, w wielbłądzie dosłownie. Jak wygląda rejestracja na zajęcia dla Erasmusów na ELTE? Otóż proszę Państwa w następujący sposób.

OSOBIŚCIE

Tak jak kiedyś u nas. Podobno jest tu coś w stylu Uniwersyteckiego Systemu Olewania Studentów, ale Erasmusi nie dostąpili błogosławieństwa korzystania z niego. Może i dobrze.

Generalnie mój plan zajęć oparłem na przedmiotach, które w planie zajęć oznaczone są jako CALIF, to znaczy, że są prowadzone przede wszystkim dla amerykańskich studentów z Kaliforni. Zapytałem oczywiście wcześniej tutejszej koordynatorki o możliwość uczęszczania na te zajęcia, bo lepiej się zawsze upewnić. Pamiętajcie drogie dzieci, zawsze pytajcie po kilka razy, kilku różnych ludzi! Wracając do tematu, z wiedzą o tym, że bardzo się cieszą, że zaszczycę swoją obecnością Hamerykanów złożyłem listę do zaakceptowania do Zajączka (koordynator na ISM-ie). Oczywiście teraz ta lista o dupę potłuc warta, ale o tym za chwilę. Dziś rano okazało się, że ze względu na limity miejsc, możemy wybrać sobie tylko jeden z pięciu. Pocisnęło mi się na usta staropolskie pozdrowienie skierowane do osób innych i wszelakich, ale nie wypowiedziałem go głośno, gdyż ujrzałem kilku Polaków. W każdym bądź razie (jak to się kurwa pisze? nigdy nie wiem), wybrałem przedmiot o porównaniu Budapesztu, Wiednia i Pragi (czeskiej) w kontekście urbanistyki, historii, architektury, kultury, ludności, problemów społecznych, dostępu do toalet publicznych i jakości usług oferowanych przez kobiety lekkich obyczajów. Potem była dogrywka, ponieważ na niektóre przedmioty okazało się mniej chętnych niż wynosi limit. Tu mi się udało wcisnąć na wstęp do prawa międzynarodowego, co sprawi, że z moim czteroletnim doświadczeniem będę poraz pierwszy na studiach Mózgiem Narodu.

oczywiście utrata trzech przedmiotów poczyniła kolejną trudność, jaką jest niemożność uzyskania 20 ECTS-ów. Za każdy CALIF były 4 punkty, więc jeżeli ukończyliście kurs matematyki na poziomie politechniki, to łatwo za pomocą całki nieoznaczonej wyliczycie, że mialbym 8 punktów. A skąd wziąć kolejne 12? Porozmawiam z wykładowcami - pomyślałem. A jak pomyślałem tak zrobiłem i oczywiście mój urok osobisty (w przypadku pani prowadzącej) oraz siła argumentów (w przypadku pana prowadzącego) pozwoliły na uzyskanie po 6 punktów, pod warunkiem dodatkowej rzeczy do zrobienia na zaliczenie, takiej jak esej, co nie stanowi problemu, a ja tworzę dalej to zdanie wielokrotnie złożone, bo chcę mieć przynajmniej cztery pełne linijki tekstu zajęte w notatniku, okej udało się. O czym to ja? A. Mam 12 punktów, przejrzałem listę zajęć i dorwałem jeszcze typowo dla Erasmusów rzeczy jak czytanie aktów prawa międzynarodowego (de ja vu?) oraz statystykę... Statystykę... STATYSTYKĘ! :( Ale co poradzić? Jest za 5 punktów, więc liczę, że Zajączek zaakceptuje to. Najgorsze, że lektorat madziarskiego nie daje żadnych korzyści wymiernych (oprócz umiejętności zamówienia bigmaca w narzeczu autochtonów). A szkoda, bo to byłyby najłatwiejsze 3 punkty w moim życiu. Cóż, zdobywałem łatwiejsze (Pawlak), ale chciałem, żeby fajnie zabrzmiało.

Burdel nie z tej ziemi. A wystarczyło powiadomić o tym wcześniej i nie byłoby żadnego problemu z dobraniem przedmiotów. A tak muszę czekać na emilię od doktora i modlić się, żeby zaakceptował.

Aha, żeby nie było tak miło. Co prawda mam tylko 4 przedmioty, ale te CALIF-y całe są dwa razy w tygodniu. Ergo mam 3 dni zajęć, z czego poniedziałek i środę zawalone, a wtorek raczej lajtowy.

Pisząc tę epistołę słuchałem:
Pelican [City of Echoes]

piątek, 4 września 2009

Dojazd.

Powinienem przed opisaniem jak najlepszej drogi dotarcia do Budapesztu skoncentrować się raczej na formalnościach, które należy spełnić. Ale nie chce mi się :)

Budapeszt, stolica Węgier, położna w północnej częsci kraju, nad Dunajem. Z Warszawy będzie jakieś 850 km. Nie jest jakaś oszałamiająca odległość, trafić jest naprawdę łatwo, a sposobów jest kilka. Przyjrzyjmy się im z punktu widzenia bombla.

Po pierwsze - samolot. Kiedyś było bardzo fajnie, gdyż ponieważ z WAW do BUD latał sobie WizzAir. Co by nie mówić o tej taniej linii, to koszt za bilet w jedną stronę kształtował się w okolicach jakichś 150 zł (w cenie bagaż 20 kg i nawet skórzany fotel!). Ale z niezrozumiałych dla mnie przyczyn trasa ta została skasowana, najprawdopodbniej zapełnienie nie było za wysokie. A szkoda... W tej chwili zostały tylko państwowe linie lotnicze - LOT i Malév. Koszt za lot to ok. 450-500 zł w jedną stronę. No chyba, że trafi się na promocję, które się zdarzają, ale ciężko przewidzieć kiedy i w jaki sposób się one pojawiają. Plus tego środka transportu to przede wszystkim SZYBKOŚĆ. Lot trwa ok. 2 godzin, dosłownie chwila. Minusy są moim zdaniem trzy. Pierwsze primo - cena. Drugie primo - ograniczenie bagażowe. Trzecie primo - Ferihegyi Nemzetközi Repülőtér. Lotnisko jest jednak położone te 16 km od centrum, co ogranicza mobilność, tym bardziej, że odjeżdżają z niego tylko stojące w korkach autobusy, albo stojące w korkach taksówki.

Kolejny środek transportu - pociąg. Z Warszawy o godzinie 21 odjeżdża codziennie pociąg do Pragi/Wiednia/Budapesztu (tak, naraz), który na dworzec Keleti zajeżdża o 8.32. Bilet wg informacji kosztuje jakieś 300 zł w jedną stronę. Ale jeśli jesteś studentem, to wiesz, że bezpośredni kontakt i wystanie swojego w kolejce daje korzyści. I tak jest też w przypadku PKP Intercity. W kasie międzynarodowej można się dowiedzieć, że na każdy pociąg międzynarodowy przypada pula 6 biletów w cenie promocyjnej 130 zł. Można oczywiście dokupić sobie miejsce leżące (tylko 10 EUR!) lub w wagonie sypialnym (ok. 100 zł, ale głowy nie dam). Polecam dopłacenie tych 30 zł i wtedy podróż jest całkiem przyjemna. Można bez problemu przespać się w kuszetce w pozycji sprzyjającej regeneracji organizmu (znaczy na leżąco). Kolejną zaletą jest brak ograniczenia liczby bagażu - mi udało się przewieźć dwie duże walizki, plecak, torbę na ramię i torbę na laptopa. Wystarczy trochę pokombinować w przedziale i wszystko się gdzieś pomieści. No i przede wszystkim ląduje się już w Peszcie, na Keleti pályaudvar. Od razu przy stacji jest stacja metra (linia nr 2) i budowana od dwóch lat stacja "czwórki", która zostanie zakończona za dwa lata. Minusy? Czas podróży - 11 godzin 32 minuty. Jedyne pocieszenie, to to, że jest to pociąg nocny i można spać. Wiem, że jest też pociąg z Krakowa, ale o tym mieście nic nie wiem ;)

Ostatnim bezpośrednim środkiem transportu jest własny samochód. Najszybsza droga wynosi ok. 840 km, przy czym jest to najszybsza droga. Zajmie ok. 10 godzin i 40 minut. W Polsce jedzie się głównie Katowicka Strasse, więc można bez obaw depnąć i dojechać nawet szybciej. Jeśli masz kombi, ale wystarczający samochód, żeby zabrać bagaż to jest to nawet fajna opcja. Tylko, że trzeba mieć kierowcę, który ma dużą dozę cierpliwości i lubi jeździć daleko. Załóżmy, że jedziemy samochodem, którego spalanie wynosi ok. 7,5l/100km. Potrzeba będzie ok. 65l benzyny w jedną stronę, czyli jakieś 280 zł (przy założeniu, że benzyna kosztuje 4,40 zł/l). Wypada zwykle dać na wachę dla kierowcy na powrót, więc to będzie jakieś 560 zł. Drogo dosyć, długo dosyć, ale masz własny bagaż podwieziony pod samą kwaterę (o ile znajdziecie miejsca parkingowe). Nie polecam generalnie.

Są jeszcze dwa inne wyjścia. Jedno z nich to transport kombinowany. Z Warszawy wsiadacie do pociągu Interregio lub innego do stacji Kraków Główny i z tegoż miasta autokarem firmy OrangeWays trafiacie na dworzec autobusowy przy stadionie Ferencvarosu. Koszt w jedną stronę to ok. 100 zł, a jak w dwie to nawet 160 zł. Jest to zdecydowanie najtańsza opcja. Można być też hardcorem i pojechać stopem, wyjdzie wtedy darmo. Ale nie mam żadnych doświadczeń związanych z tym sposobem podróżowaia, więc nic nie radzę na ten temat.

Generalnie dojazd do BUD nie jest zbyt kosztowny i jest dosyć zróżnicowany. Jak to się mówi, dla każdego coś miłego :)

piątek, 28 sierpnia 2009

Wybór uczelni.

W dzisiejszym odcinku serialu pod tytułem "Wujek Dobra Rada Prezentuje", Wujek Dobra Rada zaprezentuje Ci swój poradnik na to, w jaki sposób najlepiej wybrać miasto, w którym będzie się chciało studiować w ramach Erasmusa.

Zakładam na początek, że jesteście zdecydowani na 100%, żeby spróbować swoich sił za granicą. Jeśli nie, to iść do sklepu, kupić pół litra i podjąć decyzję w stanie wskazującym na spożycie.

Zacznijmy od prostej rzeczy. W jakim języku mówisz? Jeśli jesteś monolingwistyczny i Twoim językiem ojczystym jest polski i nic poza tym, to mam złe wieści. Wykłady po polsku są tylko w Polsce - pozostaje dla Ciebie jedynie program MOST, o którym nic nie wiem. I współczuje. Mama zawsze mówiła, żeby się uczyć języków.

Jeżeli znasz więcej niż jeden język i jest to jakiś cywilizowany język europejski to gratuluję! Dasz sobie radę pod względem językowym. Hiszpańsko-, włosko- i francuskojęzyczni nie muszą się zastanawiać nad państwami. Większy wybór mają germaniści. A angliści to już całkowicie inna bajka. Dla tych wybrańców losu odpadają takie państwa jak Francja, Hiszpania, Włochy, Niemcy, Austria czy Portugalia. Ale za to masz Turcję, Skandynawię, UK i Ireland, Węgry czy Grecję. Wybór szeroki jak świat.

I tu przechodzimy do kolejnej kwestii. Fundusze. Tu nie ma żartów. Stypendium nie jest duże, a za coś żyć trzeba. Kraje Europy Środkowo-Wschodniej są najtańsze, za to Zachód, jak to Zachód i Mini-Europa mają w zwyczaju, ma ceny dużo wyższe, a stypendium nie jest relatywnie wyższe.

Po trzecie, co chciałbyś przeżyć. Przygodę w nowym miejscu? A może pomieszkać w kraju, o którym zawsze marzyłaś/eś? A może chcesz poimprezować szampańsko? Każdy kraj może tu pasować. Zawsze chciałem do Hiszpanii jechać. Myślę, że nawet z moją nieznajomością hiszpańskiego dostałbym się na któryś z madryckich uniwersytetów. Ale jechać, żeby się męczyć. Owszem, dobrze się bawiąc, ale nic nie rozumiejąc...

I po czwarte. Odległość od domu i dojazd. Turcja to zajefajna sprawa. Ale przelot do Izmiru już niezbyt. Tromsoe? Proszę bardzo. Ale wyprawy za Koło Podbiegunowe Północne są dosyć kosztowne. Portugalia? Już nie ma CentralWings. Z drugiej strony Praga. Za 130 zł - ale 11 godzin w ciapągu. Wilno? 8 godzin w autokarze. Masakra. Budapeszt nielepszy.

Po piąte i ostatnie. Czynniki subiektywne. Nie lubisz gorąca? Nie znosisz Francuzów? Nie trawisz brytyjskiego żarcia? Za dużo Polaczków? Trzeba to rozważyć.

Przejdźmy do sedna. Na moim skromnym przykładzie, na którym trzeba się wzorować przedstawię mój tok myślenia.

I tak, mówię płynnie po polsku i angielsku, średnio (baaaaardzo) po niemiecku i znam podstawy hiszpańskiego i rosyjskiego. Ergo, wybór państw dosyć spory. Ale chciałbym też coś ze studiów wynieść (i niekoniecznie mam na myśli długopisy, ławki i ubikacje). Czyli szukamy uniwersytetów z wykładowym angielskim. Następnie pieniądze. Nie jestem z tak zwanej dzianej rodziny, oszczędności mam raczej szczupłe, więc musiałem poszukać (i to bardzo dokładnie) informacji o kosztach życia. W efekcie poszukiwania musiałem zawęzić do Europy Środkowo-Wschodniej. Erasmus to nie tylko nauka, ale przede wszystkim dobra zabawa (Orgasmus). Austria - nuda. Bułgaria - no heloł. Rumunia - no comments. Praga - tylko zabytki. Budapeszt! Tak! Madryt Wschodu, jak go nazywam :) Do Budapesztu dostanę się na kilka sposobów - szybkim samolotem albo wolnym pociągiem. I tu i tu koszta nie są jakieś koszmarne, tak więc będę mógł sobie pozwolić na samodzielny zakup biletu i powrót co jakiś czas do PL. Pytania zawarte w punkcie piątym odnoszą się do mnie :) Ergo wybrałem miasto. Wybór między uniwerkami to była czysta ruletka. Ale chyba lepiej trafiłem niż pozostałe osoby co jadą do Węgier :)

Tak więc Moje Drogie Dzieci, w ten oto sposób Wujek Dobra Rada wyląduje za tydzień w Budapeszcie i będzie się dobrze bawił. I wam też życzę udanych wyborów!

A jakie miasta w procesie myślowym odpadły? Praga, Dublin i Umeå. Pierwsze z powodu cen, drugie z powodu zbyt dużej ilości Polaczków, trzecie - bo w Szwecji, a tam alkohol drogi i za blisko Koła Podbiegunowego Północnego (ale to miasto Cult of Luna...)

środa, 26 sierpnia 2009

Prolog

Wyjazd na Erasmusa. Przedsięwzięcie jakich mało. Wymaga wielomiesięcznych przygotowań, wielomiesięcznych formalności i anielskiej cierpliwości. Wszystko zaczęło się od prostej, acz skomplikowanej decyzji. Musiałem zastanowić się, czy chcę spędzić pół roku za granicą, czy chcę przez pół roku odpoczywać od pracy, czy chcę przez pół roku obijać się i niekoniecznie męczyć na zajęciach, czy chcę przez pół roku imprezować?

...

Oczywiście, że TAK!

Do samego wyjazdu zbierałem się psychicznie od kilku lat. Na pierwszym i drugim roku oczywiście nie, ale później, kiedy nastąpiła zasadnicza zmiana okoliczności, taki wyjazd zaczął nabierać sensu. No bo co? Mam 5 (a właściwie 8) lat siedzieć i studiować w Polsce? To chociaż pół roku niech spędzę zagranicą. Uważam, że każdy powinien spróbować. Pewnym problemem mogły okazać się takie drobne przeszkody, jak:

a) praca - albo zwolnienie albo zawieszenie umowy?
b) drugi kierunek - tu już trochę gorzej, gdyż z lenistwa "zawiesiłem" tamte studia, a potem dostałem urlop na rok. Co dalej?
c) mieszkanie - gdzie znajdę lokatora zastępczego na pół roku?

To tyle w sumie, jeśli chodzi o problemy rzeczywiste. Jako, że jestem wrodzonym optymistą to bez wahania zabrałem się za formalności natury wszelakiej. A pół roku później drogie dzieci piszę te oto słowa, w których zapowiem, że już niedługo opowiem wam przy kominku i buteleczce szkockiej, jak się za to wszystko zabrać i jak niczego nie spieprzyć. Będąc studenten UW oczywiście.