Uff! Nareszcie. Tydzień pracy wydłużył mi się o jeden dzień roboczy. Co prawda nie przemęczył mnie ani trochę, ale obowiązek pobudki przed godziną 16 skutecznie mnie zdemotywował. Ale ad rem. Chciałem przekazać swoje wrażenia z pierwszego tygodnia nauki na Eötvös Loránd Tudományegyetem.
Wszystko zaczęło się w poniedziałek. Tego dnia odbywała się rejestracja na wykłady organizowane dla studentów z Hameryki. Już o tym pisałem, więc nie będę się powtarzał. Trudności z uzyskaniem akceptacji na uczęszczanie na zajęcia spowodowały potrzebę poszukiwania innych, bardziej alternatywnych sposobów na uzyskanie punktów ECTS. Sorry Zajączek, ale stawiam Cię przed faktem dokonanym. Troszkę pozmieniałem w planie zajęć, dzięki czemu spędzę stosunkowo mało czasu na uczelni. Mianowicie trzy dni. To i tak zbyt dużo, gdyż ponieważ normalnie miałbym jeden dzień w tygodniu zawalony plus do tego jakies pojedyncze wykłady. Łot ewa. Oto przedstawiam mój autorski program studiowania stosunków (międzynarodowych) na ELTE doświadczonym studentom stosunków (międzynarodowych).
Pierwszy przedmiot jaki mi się trafił to "Budapest, Vienna, Prague: Urban Society and Culture from the Late 19th Century to the Present". Generalnie zajęcia nie są złe. Powiem więcej. Mnie, jako studenta gospodarki przestrzennej bardzo interesują. Poruszają różne aspekty związne z urbanistyką. Moje zboczenia są zaspokojone :) Poza tym wczoraj mieliśmy lekcję w terenie i fajniej było połazić po Peszcie niż siedzieć w auli i słuchać wykładu. Jedyny problem to Amerykanie, ale o nich za chwilę. Do tego można powiedzieć, że dostanę 6 punktów ECTS za napisanie trzech prac: jednej na 5 stron, drugiej na 10, a trzeciej dodatkowo. Luuuuz.
Drugie zajęcia, na które uczęszczam to "The Individual and the State in International, European and national Law". Czyli jedna wielka powtórka z prawa międzynarodowego publicznego. Dziś się załamałem na wykładzie. Na pytanie prowadzącego, czy słyszeliście o Kosowie (sic!) [nie, wcale kurwa, w ogóle kurwa o tym pracy magisterskiej nie piszę], jedna Hamburgerka się zgłosiła i powiedziała: "Ja słyszałam o Kosowie, tam byli Albańczycy, których Serbowie nie lubili, i potem była wojna i potem Serbowie uciekli" (koniec cytatu). Poczułem się jak debil w szpitalu psychiatrycznym. Sorry, w szpitalach psychiatrycznych trafiają się ludzie uzdolnieni. Problem z tym wykładem (a może to nie będzie problem?) jest taki, że będą dwa kolokwia i praca do napisania. Ta praca to tylko po to, żeby mieć 6 ECTS-ów. Chociaż przy takim poziomie to z palcem w dupie powinienem uzyskać.
Kolejny przedmiot to: "Reading Seminar in International and European Law". Czytaj: poraz dziesiąty na tych studiach będziesz "czytał" Kartę NZ i będziesz fajny. Najgorsze jest to, że ma być wejściówka z tego co się miało przeczytać, ale jakoś się to przeżyje. Przetrwałem Kosiarza i Gardoca. Nic gorszego już mnie nie spotka. A w nagrodę dostanę 5 punktów.
I ostatnie zajęcia, "History of Sociology I.", to jak nazwa wskazuje, historia socjologii. Nic gorszego już mnie spotkać nie mogło. No dobra, statystyka mogła być gorsza. Ale chyba nie będzie źle. Chodzić na zajęcia i coś jeszcze, tylko nie pamiętam co zrobić i trzy punkty do kieszeni wpadną.
Razem daje to 20 ECTS-ów, które sprawią, że 9. semestr studiów zaliczę dobrze się bawiąc, a nie chodząc na Pronińską czy Jędrzejowską ;)
We wtorek idę jeszcze na spotkanie w sprawie lektoratu języka węgierskiego. Fajnie będzie się nauczyć, jak zamówić piwo w knajpie, albo jak poprosić o udziec indyczy w sklepie mięsnym. Ale to dopiero pieśń przyszłości.
Bawiąc się słowami słuchałem:
MGMT [Oracular Spectacular]
czwartek, 10 września 2009
Lengyel Intézet
Jadąc sobie z pięknego grodu Warschau do jeszcze piękniejszego grodu Budapest nie byłem sam. Jako, że jechałem w wagonie z miejscami do leżenia, miejsc w przedziale było 6. Jednym, a właściwie jedną ze współpasażerek była Maria, która w trakcie rozmowy powiedziała, że mieszka w BUD i pracuje w Instytucie Polskim i że jest tam też biblioteka.Instytut Polski. Hmm. Zaraz, coś takiego było na którychś zajęciach o promocji Polski w świecie albo o organizacji służby zagranicznej. Cholera, pamięć ludzka krótka. Nieważne. Według cioci Wiki jest to placówka (cholera napisałem najpierw palcówka :D) podległa MSZ-owi, której celem jest promocja Najjaśniejszej RP. Nie są to wielkie instytucje, ledwie kilka osób. Mamy takich kilka w świecie - Paryż, Londyn, NY, Moskwa, a także u naszych sąsiadów.
Na hasło biblioteka od razu dokonała się wizualizacja książki. Od dawna nic przeczytałem (kajam się i biję się w piersi!), więc postanowiłem to nadrobić, tym bardziej, że ileż można patrzyć się za okno w tramwaju, albo gapić na twarze ludzi w metrze?
Udałem się tam więc w towarzystwie A. jeszcze w zeszłym tygodniu. Na początek lokalizacja. Powiem wam, że chyba lepszego i bardziej ekskluzywnego miejsca nie mogli znaleźć. Mówię to bez cienia ironii. Siedziba mieści się na rogu Nagymező utca i Andrássy út, która to jest główną aleją spacerową Pesztu. Twórcy jej wzorowali się na paryskich Polach Elizejskich. Co więcej pod tą aleją znajduję Kolejka Milenijna, czyli pierwsza linia metra. Trochę na wyrost na określenie tramwajów jeżdżących 2,5 metra pod ziemią, ale ma swój urok i spełnia swoje zadanie. Tuż obok ma siedzibę Opera, drogie kawiarnie, drogie sklepy i butiki (m. in. Louis Vuitton) i generalnie lans, bałns i obierki.
Panie na uprzejme "Dzień dobry" zawsze się uśmiechają, są miłe i aż się chce przychodzić. Ale jak byliśmy to biblioteka była zamknięta. Drugi raz poszedłem wczoraj, ale była jeszcze zamknięta, więc dopiero za trzecim razem mi się udało dobić do księgozbioru. Nie jest jakiś przesadnie wielki, ale jest to placówka (czemu znów palcówka napisałem?) MSZ-u, to nie ma co się spodziewać wielkich nakładów finansowych. Łot ewa. Oprócz klasyków klasyki literatury polskiej, są też dzieła bardziej współczesne (jak choćby Tokarczuk czy Pilch), a nawet polska fantastyka (dojrzałem m. in. Pilipiuka i kilka antologii opowiadań). Generalnie nie jest źle. Dodatkowo widziałem parę polskich książek na węgierski przetłumaczonych.
No, ale Instytut Polski to nie tylko biblioteka. Organizują na przykład takie imprezy jak Polski Wrzesień czy koncerty. Dziś na przykład ma grać w BUD Leszek Możdżer. Kto lubi jazz mógłby się poczuć naprawdę spełniony. Ten rodzaj jest tu naprawdę promowany przez Polaków. Z tego co się dowiedziałem to od października wszystko się rozkręci, więc może raz na jakiś czas skorzystam z oferty IP i się trochę odchamię i ukulturalnię.
A tymczasem wracam do Krajewskiego "Śmierci w Breslau" i zacznę się przygotowywać na zajęcia ;)
Inspirację do tworzenia tekstu dała mi:
Cult of Luna [Eternal Kingdom]
Subskrybuj:
Posty (Atom)