czwartek, 3 września 2009

Hanne Hukkelberg


Moje gusta muzyczne są czasem tak jak znajomość dowcipów jednego z bohaterów "Rejsu". Lubię zwykle słuchać to co znam. Ale czasem nachodzą mnie takie momenty, żeby szukać nowych rytmów, nowych dźwięków. W ten sposób stałem się fanatykiem ska (i niech nikt się nie waży mówić, że to reggae z trąbkami, bo zabije!), zakochałem się w Cult of Luna czy nawiązałem romans z elektronicznym MGMT. Dziś znowu to poczułem.

Lubię muzykę w wykonaniu wokalistek. Nie wiem czemu. Może dlatego, że uwielbiam kobiecy głos? W każdym bądź razie chętnie podsłuchuję w przerwach między ciężkimi gitarowymi riffami a elektronicznymi bitami popisów pięknych pań o pięknych głosach. Nelly Furtado, Duffy, Katy Perry, Amy McDonald.

Po tym przynudnym i przydługim wstępie przechodzę do sedna. Jestem zauroczony. Hanne Hukkelberg. Norweżka urodzona w Kongsberg, śpiewająca po angielsku, doświadczona jazzowo i heavy metalowo. Wokal delikatny, ale jednocześnie ma w sobie tę charyzmę, która sprawia, że siedzę na tarasie, popijam Staropramena i podziwiam widok na
Jánoshegy. Muzyka w tle delikatna, ale wyrazista - przy pomocą głównie gitary maluje pejzaże pełne emocji. Jest też pianino, trochę sentymentalne, trochę smutku w nim. Czasem mam wrażenie, że słucham Sigur Rós. Czy to już jest post-rock czy jeszcze pop?

Nie potrafię pięknie pisać o muzyce. Nie umiem nazwać uczuć, jakie towarzyszą mi danemu utworowi. Dlatego wychodzę z założenia, że zamiast tysiąca słów wystarczy ledwie kilka taktów muzyki.

Hanne możecie znaleźć tu

Hanne Hukkelberg
"Blood from a Stone"
2009

bombel a Liga Mistrzów

To było dawno. Rok pamiętny 1995. Rok, w którym miliony Polaków przestało być milionerami. Rok, w którym Prezydentem RP został (prawie) magister Aleksander K. Rok, w którym za najlepszy film uznano historię o facecie w spódnicy, który malował twarz na niebiesko. Rok, w którym Legia warszawa grała w fazie grupowej Ligi Mistrzów.

Pamiętam to jak dziś, jak po ciężkim dwumeczu z IFK Goeteborg polska drużyna wygrywa. Ta radość, której rok wcześniej brakowało po pojedynku z Hajdukiem Split. Potem losowanie. Legia trafia do grupy ze Spartakiem Moskwa, Blackburn Rovers oraz Rosenborg Trondheim.

Pierwszy mecz - 13 września 1995 roku. Przeciwnik - mistrz Norwegii. Pamiętam, że siedziałem wtedy po lekcjach u Magdy, bo w domu nie było rodziców (a może byli?), a potem po powrocie do domu nie było prądu. Nie może nie być prądu w dniu meczu! Na szczęście w porę wrócił i mogłem oglądać ten pojedynek. Patrzcie i wyobrażajcie sobie so 8 latek mógł wtedy czuć:



Potem były porażki ze Spartakiem (paskudny Czerczesow!), zwycięstwo i remis bezbramkowy z Blackburn z Shearerem w składzie (pisałem o tym meczu wypracowanie na angielski), wreszcie szczęśliwy awans do ćwierćfinału, dzięki Anglikom. Potem tylko epicki pojedynek z Panathinaikosem na błotnisku (czemu nie strzelali wtedy po ziemi? Wandzik wszystko by wtedy puścił). Żadna polska drużyna nie zaszła tak daleko od tego czasu.

Potem rok 1996. Widzew kontra Broendby. Pojedynki z Atletico, Borussią (która nota bene wygrała tamtą edycję LM) i Steauą Bukareszt (nie umiałem wtedy tej nazwy wymówić). Eksplozja talentu Marka Citki. Rewanż Legii na Panathinaikosie w Pucharze UEFA. Też był dobry rok.



Od tamtego czasu były chwile triumfu - a to Wisła klepiąca Schalke, Parmę i strasząca Lazio. A to Dyskobolia gnojąca Herthę i ManCity. Lech wychodzący z grupy i walczący z Udinese. Ale to już nie jest ta skala. Nie ten puchar. Gdzie jest dziś Puchar UEFA - Liga Europy, a gdzie Liga Mistrzów? Różnica klas jest ogromna...

Na szczęście mam swoje wspomnienia, których nikt i nic mi nie zabierze :)

bombel w Budapeszcie.

Wiecie co? Podoba mi się tu. Co z tego, że mówią w języku, który mógłby zrobić karierę w Śródziemiu. Jest naprawdę zajebiście. Ludzie są weseli, otwarci, miasto spokojne i jednocześnie jest co robić. Ale to co rozwaliło to system komunikacji miejskiej. Każdy słyszał zapewne o filmie pt. "Kontroler". Oczywiście nie oglądałem go, ale chyba wiem o czym może być. Przyjrzyjmy się następującym chwilom z życia bombla.

Scenka pierwsza: w metrze nie ma bramek w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Wchodzisz na stację i widzisz kasowniki, gdzie możesz sobie jednorazówki skasować, natomiast szczęśliwi posiadacze miesięcznych muszą specjalnie pokazać swoje bilety kontrolerom, którzy sobie stoją szczęśliwi tuż przed schodami. Swoją drogą stacja Moszkva ter jest strasznie głęboka. Centrum to przy niej pikuś - jedziesz i jedziesz, aż uśniesz. Jak wychodzisz to też mogą sprawdzić bilet, ale nie muszą. Chyba od humoru to zależy.

Scenka druga: noc. Ciemna i głucha. No dobra. To nie Warszawa, więc nie ma co się oszukiwać. Ludzie są i muszą się przemieszczać, a Budapeszt jest większy od WAW, więc i system może być bardziej skomplikowany. Tak mi się wydawało przynajmniej. Anna-Linda zachwalała budapesztańską komunikację nocną, jako najlepszą w Europie. Polemizowałbym w sumie - w Wawie naprawdę dobrze się porusza nocą. Chyba nawet lepiej niż w dzień. Łot Ewa. Z pomocą Panki (czemu nie jest moją mentorką? :D) udało mi się znaleźć autobus bezpośrednio z centrum Pesztu aż prawie pod moją miejscówkę. Sieć jest bardzo rozbudowana, linii jest dużo, a trasy są dosyć skomplikowane. Na szczęście informacje na przystankach są na tyle czytelne, że człowiek jest w stanie się połapać. Na pewno lepiej niż w Madrycie. Najbardziej rozwalił mnie fakt, że przed wejściem do każdego Ikarusa (tak, te same gruchoty co w Wawie!) stoją kontrolerzy i sprawdzają bilety każdemu, kto wchodzi do autobusu. Zajebisty sposób na bezrobocie :D

Generalnie wrażenia po pierwszym dniu mam naprawdę pozytywne. Muszę się nauczyć tylko chorego przelicznika z forintów na złotówki i myślę, że wtedy będzie super. Jutro idę walczyć z formalnościami na ELTE. 3majcie kciuki za bombla i liczcie się z częstymi wpisami o głupotach i o rzeczach, które będą mnie zadziwiały w tym mieście :)