niedziela, 13 września 2009

Polska Mistrzem!


Co prawda nie mistrzem Europy w piłce nożnej, ale w siatkówce. Nie deprocjonuję sukcesu naszych. Co więcej jestem bardzo dumny, szczególnie tu na obczyźnie, kiedy mówie Matteo albo Annie-Lindzie: "We are the European champions!".

Nie oglądałem nigdy meczów siatki. Uważałem, że jakaś klątwa nade mną wisi - co oglądałem jakąś reprezentacyjną potyczkę, czy to z Serbią, Rosją czy Włochami, to zawsze przegrywaliśmy ten mecz. Wczoraj zebrałem się w sobie i obejrzałem końcówkę trzeciego seta z Bułgarią. I wygraliśmy. Dziś oglądałem całość. I teraz stoję i słucham Mazurka Dąbrowskiego i wychodzę z siebie. Taki jestem dumny! Wiem, powtarzam się, ale wiecie o co chodzi :) Swoją drogą ile stresu przeżyłem oglądając pierwszy i ostatni set...

Jest to pierwsze nasze złoto na ME w siatkę, wcześniej chyba z 5 razy w finale walczyliśmy z ZSRR i cały czas mieliśmy srebro. Nie jest to też największy nasz sukces na arenie międzynarodowej - wcześniej byliśmy już mistrzami świata i olimpijskimi. Ale to było dawno. Teraz potrzeba takiego sukcesu. Uważam, że piłka nożna jednak się chowa w porównaniu do innych gier zespołowych - siatkówki (Złotka! finał MŚ), piłki ręcznej (2 i 3 miejsce na MŚ) czy nawet koszykówki (o czym świadczy tegoroczny EuroBasket). I dobrze. Taka popularyzacja jakiegokolwiek sportu jest potrzebna. Młodzież nic nie uprawia, a tak poczuję chęć gry. Gry w coś, cokolwiek. Obojętne czy siatkę, kosza czy nogę. To się liczy.

No, ale najważniejsza jest duma narodowa i radość. Cieszmy się :)

Borfesztivál

Od Panki dostałem ostatnio cynk o odbywającym się w ten weekend Festiwalu Wina na Wzgórzu Zamkowym. Nie mogłem przepuścić takiej okazji. Wszak lubię wino dobre, jak również dobre i tanie. Właściwie to prawie każde na swój sposób jest dobre. Nieważne.

Jak już mi się udało wstać rano o 13, to zebrałem się w sobie i udałem się na Moszkva tér w celu iżby złapać autobus nr 16 prosto na Wzgórze Zamkowe. Oczywiście zlazłem cały plac wzdłuż i wszerz i dopiero w ostatnim miejscu, w które się udałem było stanowisko tego autobusu. Ech, życie... Co mnie zaskoczyło, że te małe autobusiki, którymi się jeździ wjeżdżają sobie bez przypału na Stare Miasto i krążą i smrodzą wokół. Wyobraża sobie ktoś wpuszczenie ZTM-u na Starówkę w Wawie? Szok normalnie. Swoją drogą szukałem na górze bankomatu przez dobre 40 minut i znalazłem cały jeden. To już nawet w Wawie da się Euroneta znaleźć bez problemu.

A tu parę widoczków ze Wzgórza Zamkowego na Peszt (największy budynek to Parlament) oraz na Wyspę Małgorzaty:





Ale koniec z narzekaniem. Uzbrojony w gotówkę udałem się do bramki wejściowej, zakupiłem bilet za 2300Ft, dostałem w zamian wejściówkę oraz kieliszek do degustacji :) Na miejscu trzeba było oczywiście kupować kupony na próbowanie, które były "oficjalną walutą", ale cena ich nie była duża. Za 100Ft dostawało się kieliszek wina. A teraz przeliczcie proszę ile gatunków win spróbowałem, jeżeli zakupiłem 10 kuponów :)

Po wejściu poczułem się jak w niebie. Wszędzie stoiska z winami. Różnymi winami. Koncentracja była przede wszystkim na wytworach madziarskich winnic, ale był też spory kącik dla win hiszpańskich, portugalskich i argentyńskich. Tokaje, Egri Bikaver i inne których nazw nie pamiętam, bo nie byłem w stanie. Wina czerwone, różowe, białe. Wytrawne, półwytrawne, półsłodkie i słodkie. Wina o smaku miodu. Wszystko. Po prostu RAJ!



Najbardziej mi zapadło w pamięć wino o jakże słodkiej nazwie Tokaji Aszú 3 Puttonyos. Wino, które leżakowało przez 8 lat (oczywiście to, które próbowałem). Kolor "topazowy", ciemny bardzo żółty. Wino dosyć gęste i słodkie. Trochę to miodu pitnego podobne w smaku, ale gęstsze. Smak mnie zabił. W sensie pozytywnym oczywiście. Jedyna wada to mimo wszystko słodkość tego wina. Nie każdy lubi po wypiciu kieliszka wina, pić szklankę wody, bo inaczej gardło zaschnie. Gdyby było chociaż troszkę półsłodkie, myślę, żebym nie miał problemu z kupowaniem win, w celu iżby spić przedstawicielki płci pięknej. Chociaż w sumie i tak z tym akurat nie mam problemu :D

Powiększyłem także swoją małą piwniczkę win. Oto dumne przedstawicielki z regionów Tokaj oraz Eger:



Oprócz oczywiście chodzenia od stoiska do stoiska można było spróbować potrawy kuchni węgierskiej. Nie odważyłem się co prawda na langosza (ale kiedyś się uda, na pewno!), ale także na inne. Jakoś nie miałem ochoty ani na gulasz, ani na leczo ani na inne dziwne potrawy. Za to podwójny whooper chodził za mną od rana.

Żeby nie było cicho, to postawiono dwie sceny, na których występowali artyści. Ale nie mieli szans, żeby Pan zaszczycił ich swoimi uszami, gdyż grali cygański folk. BLEH! Ale Węgrzy to lubią, więc siedzieli i słuchali. A ja degustowałem wina.

Generalnie mogę powiedzieć, że impreza naprawdę fajna, spełnia swój cel - promocję winiarstwa węgierskiego. Widziałem naprawdę dużo obcokrajowców, w tym również Polaków. Wina były dobre, organizacja też zdała egzamin. Co mi się jeszcze podobało to to, że ludzie siedzący w stoiskach winiarskich mówili po angielski. Dobra, byli w stanie zrozumieć, czego od nich wymagałem :)

A jak wróciłem do domu, to czekała na mnie impreza w stylu grill na tarasie plus alkohol. Również palinka. Nie narzekałem na wczorajszy dzień i jednocześnie poszerzyłem swoje kulinarne horyzonty :)