Wyjazd na Erasmusa. Przedsięwzięcie jakich mało. Wymaga wielomiesięcznych przygotowań, wielomiesięcznych formalności i anielskiej cierpliwości. Wszystko zaczęło się od prostej, acz skomplikowanej decyzji. Musiałem zastanowić się, czy chcę spędzić pół roku za granicą, czy chcę przez pół roku odpoczywać od pracy, czy chcę przez pół roku obijać się i niekoniecznie męczyć na zajęciach, czy chcę przez pół roku imprezować?
...
Oczywiście, że TAK!
Do samego wyjazdu zbierałem się psychicznie od kilku lat. Na pierwszym i drugim roku oczywiście nie, ale później, kiedy nastąpiła zasadnicza zmiana okoliczności, taki wyjazd zaczął nabierać sensu. No bo co? Mam 5 (a właściwie 8) lat siedzieć i studiować w Polsce? To chociaż pół roku niech spędzę zagranicą. Uważam, że każdy powinien spróbować. Pewnym problemem mogły okazać się takie drobne przeszkody, jak:
a) praca - albo zwolnienie albo zawieszenie umowy?
b) drugi kierunek - tu już trochę gorzej, gdyż z lenistwa "zawiesiłem" tamte studia, a potem dostałem urlop na rok. Co dalej?
c) mieszkanie - gdzie znajdę lokatora zastępczego na pół roku?
To tyle w sumie, jeśli chodzi o problemy rzeczywiste. Jako, że jestem wrodzonym optymistą to bez wahania zabrałem się za formalności natury wszelakiej. A pół roku później drogie dzieci piszę te oto słowa, w których zapowiem, że już niedługo opowiem wam przy kominku i buteleczce szkockiej, jak się za to wszystko zabrać i jak niczego nie spieprzyć. Będąc studenten UW oczywiście.
środa, 26 sierpnia 2009
Manifestacja nowego początku starego ładu. Łot ewa...
Ci którzy mnie znają jeszcze z dawnych, szczęśliwych, dobrych i idealistycznych czasów, wiedzą, że kiedyś miałem bloga (jak pół klasy zresztą). Trzy lata temu (pamiętam to jak dziś) przestałem blogować. A co. Ale teraz nadszedł czas, żeby coś po sobie zostawić. Nadszedł czas, żeby się uzewnętrznić - dla siebie, dla mnie i dla bombla. No... I ten tego. Właściwie to dla czytelników.
Ale czemu? Otóż, za kilka dni nastąpi dosyć ważne wydarzenie w moim plugawym i śmierdzącym burbonem życiu. Wyjeżdżam na Erasmusa do Budapesztu, w celu iżby dobrze się pobawić (i przy okazji możliwie bez wysiłku zaliczyć semestr). Ale co w tym takiego wielkiego? Tysiące studentów wyjeżdża. Uzewnętrzniając się na tym blogasku (:* słiiiit) chcę pomóc w pewien sposób osobom, które postanowią tak jak ja przeżyć fajny czas w BUD. Sam szukałem informacji różnych i potrzebnych o życiu i szczerze powiedziawszy niewiele się dowiedziałem. Właściwie to nic. A tak za rok czy za pół może ktoś przypadkiem wpisze parę kluczowych słów w Google (NIECH ŻYJE!) i trafi na moje skromne dzieło.
Nie chcę. Nie chcę, żeby to był tylko opis mañan i alkoholowych ekscesów, włącznie z naturalistycznymi opisami niechcianych wizyt w węgierskim odpowiedniku państwowego hotelu La Kolska. Będzie trochę o przemyśleniach (o ile uda mi się luźne myśli sklecić w zdania), ludziach, (agro)kulturze, sporcie (tak!). Może jakieś zdjęcia, może coś a la reportaż (choć to może być ciężkie).
Matko bosko częstochosko, jaki nudny wywód. Jak ktoś doczyta do tego momentu i tu wróci, to znajdę tę osobę i ją ozłocę ;)
PS: Z tego miejsca pragnę pozdrowić mamę, tatę, brata, brata, bratową, kolegę, kolegę, koleżankę, panią ekspedientkę, panią dentystkę, pana strażnika miejskiego (mimo tego mandatu!), Hyzia, Dyzia i Zyzia, a także Czukczy (tak! wszystkich trzech!).
PS2: Cookie zasłużył na specjalne wyróżnienie. Oto specjalne wyróżnienie dla Cookiego:
Ale czemu? Otóż, za kilka dni nastąpi dosyć ważne wydarzenie w moim plugawym i śmierdzącym burbonem życiu. Wyjeżdżam na Erasmusa do Budapesztu, w celu iżby dobrze się pobawić (i przy okazji możliwie bez wysiłku zaliczyć semestr). Ale co w tym takiego wielkiego? Tysiące studentów wyjeżdża. Uzewnętrzniając się na tym blogasku (:* słiiiit) chcę pomóc w pewien sposób osobom, które postanowią tak jak ja przeżyć fajny czas w BUD. Sam szukałem informacji różnych i potrzebnych o życiu i szczerze powiedziawszy niewiele się dowiedziałem. Właściwie to nic. A tak za rok czy za pół może ktoś przypadkiem wpisze parę kluczowych słów w Google (NIECH ŻYJE!) i trafi na moje skromne dzieło.
Nie chcę. Nie chcę, żeby to był tylko opis mañan i alkoholowych ekscesów, włącznie z naturalistycznymi opisami niechcianych wizyt w węgierskim odpowiedniku państwowego hotelu La Kolska. Będzie trochę o przemyśleniach (o ile uda mi się luźne myśli sklecić w zdania), ludziach, (agro)kulturze, sporcie (tak!). Może jakieś zdjęcia, może coś a la reportaż (choć to może być ciężkie).
Matko bosko częstochosko, jaki nudny wywód. Jak ktoś doczyta do tego momentu i tu wróci, to znajdę tę osobę i ją ozłocę ;)
PS: Z tego miejsca pragnę pozdrowić mamę, tatę, brata, brata, bratową, kolegę, kolegę, koleżankę, panią ekspedientkę, panią dentystkę, pana strażnika miejskiego (mimo tego mandatu!), Hyzia, Dyzia i Zyzia, a także Czukczy (tak! wszystkich trzech!).
PS2: Cookie zasłużył na specjalne wyróżnienie. Oto specjalne wyróżnienie dla Cookiego:
COOKIE!
WYRÓŻNIAM CIĘ!
WYRÓŻNIAM CIĘ!
Subskrybuj:
Posty (Atom)