Ale do rzeczy. Obudziły mnie dzisiaj promienie słoneczne i stwierdziłem, że dziś jest ten dzień. Dzień, w którym zdobędę najwyższe wzniesienie w Budapeszcie. Górę Janusza (János-hegy) - 527 m n.p.m. Niedużo, zważywszy, że wspinałem się po Tatrach, ale lepszy rydz niż nic. Zjadłem, ogarnąłem się i ruszyłem. Na przystanek autobusowy. Wlazłem w 22 i dojechałem do stacji kolejki dziecięcej (o której za chwilę). Ale! Dalszy odcinek pokonałem na pieszo. Znak na szlaku mówił, że czeka mnie 30 minut marszu. Cóż, oznaczenie czasowe tak jak w polskich górach mnie nie dotyczą - muszę sobie czas o połowę zawsze skracać. Nachylenie nie było zbyt duże, cały czas szło się w lesie, więc widoków i ekspozycji brak. Po 15 minutach doszedłem na szczyt. A nie byłem właściwie przygotowany. Właściwie to powinienem sam siebie zbesztać - płaszcz i adidasy, nic do picia. Na usprawiedliwienie powiem, że to miał być cały mój marsz.
Czyli szczyt. Szybko go osiągnąłem i nawet się zdziwiłem, że to już. Na miejsu wyłonił się wielki, świetlisty fallus (sorry, nie ta kartka). Na miejscu wyłoniła się wieża widokowa (Erzsébet-kilátó). Wstęp do niej bezpłatny. Wchodzę na pierwszy taras - widok zaje. Wchodzę na sam szczyt i widok stamtąd naprawdę powalał na kolana. Widziałem całą niemalże Budę i do tego niezły kawał Pesztu (zidentyfikowałem bez problemu budynek Parlamentu). Na upartego moją hacjendę też było widać, ale ciężko zidentyfikować pośród wszystkich domów. Po drugiej stronie za to widać było pola i wsie. I na każdej górze maszty telefoniczne, telewizyjne i radiowe. Po prostu pięknie. Ciekaw jestem jak wygląda rozświetlone miasto po zmroku.
Powrót planowałem w sposób zmechanizowany. Najpierw kolejką dziecięcą do Szechenyi-hegy i stamtąd kolejką zębatą pod dom. Ale. Pomyliłem szlaki :D Znak mnie trochę wywiódł w pole i zamiast w lewo, skręciłem w prawo. Nie zgubiłem się, tylko inną drogą trafiłem z powrotem na przystanek autobusu 22. Mogłem również dostać się na dół wyciągiem krzesełkowym (Libegő), ale jakoś nie ciągnęło mnie do niego. Może jak ktoś do mnie przyjedzie, to się w kilka osób tam wybierzemy. W celach informacyjnych, przejazd kolejką dziecięca (nazywa się tak, bo większość funkcji, takich jak zawiadamianie pociągów czy sprzedaż biletów, pełnią dzieci; maszyniści są dorośli) kosztuje w jedną stronę 500Ft, chyba że trafi się parowóz, wtedy 700Ft. Niedużo. Natomiast kolejka zębata należy do systemu komunikacji publicznej Budapesztu (linia nr 60) i bilety normalnie w kioskach po 300Ft. Chyba, że ma się miesięczny jak ja ;)









