Jako, że od czwartku do niedzieli mam weekendy, postanowiłem dzisiaj odpocząć w sposób aktywny. Zdecydowałem się udać na spacer do parku. Jedyny szkopuł stanowi pogoda, która to jest deszczowa, wietrzna i nieprzyjemna. Ale taką bardzo lubię i kocham łazić podczas ulew, więc mi nie przeszkadzało.
Na początku przeszedłem się przez mój poddomowy park Városmajor. W deszczu jeszcze go nie widziałem, dlatego się podzielę tym widokiem. Przy okazji zamieniłem słówko z Beethovenem (akurat Mozart poszedł na spacer).


Najpierw poszedłem do biblioteki w Instytucie Polskim, żeby książki wymienić (co było nawet po drodze), a następnie udałem się prawie na sam koniec żółtej linii metras, czyli do parku Városliget. Jest naprawdę duży, jest tu naprawdę duże jeziorko, które niestety w większości jest odcięte od wody - czyli widać betonowe dno.




Ciekaw jestem co było w tym domku. Antenę satelitarną miało, porośnięte bluszczem ściany miało, może jakaś śpiąca królewna albo inna dziewica czekała na księcia? :D Dziwiło mnie też parujące jeziorko, ale pewnie po prostu woda była ciepła i tyle. Przy Hősök tere ujrzałem cud polskiej myśli technicznej. Drugi raz już w BUD, ale tym razem zdążyłem wyjąć aparat i złapać tył polskiego fiata 126p (to to pomarańczowe coś).

Potem już tylko spacer Andrássy út, czyli taką fajną aleją w stylu Pól Elizejskich (ale o tym już mówiłem), oczywiście w mniejszej skali.

Doszedłem aż do Oktogon i stamtąd pojechałem do CH Mammut. Gdybym miał je porównać do jednego z centrów warszawskich, byłoby to najpewniej CH Wileńska - też dużo pięter, lekka ciasnota, ale klimat miły. No i Sphinxa tam dojrzałem.
Chciałem dziś iść do kina na "Bękarty wojny", tym bardziej, że bilety do końca weekendu są tylko po 500Ft, ale stojąc w kolejce się rozmyśliłem. Nawet nie wiem czemu. Może dlatego, że sam byłem? Nie lubię samemu do kina chodzić. To kto chce iść ze mną w weekend do kina? Ja stawiam ;)