Wyjazd. Początki są zawsze najtrudniejsze. I tak było tym razem. Zbiórka została wyznaczona na godzinę 9 przy kampusie, gdzie mam zajęcia. Spowodowało to jedną trudność - musiałem wstać o 7, żeby móc przygotować sobie jedzonko na drogę i samemu się ogarnąć. Wstawanie o 7 rano w sobotę zakrawa na zbrodnię przeciwko ludzkości. Jednocześnie tak wcześnie tu na Węgrzech jeszcze nie wstałem. Jakoś się udało i byłem na czas. Oczywiście wyruszyliśmy z kilkunastominutowym opóźnieniem, ale nie stanowiło to jakiegoś problemu, choć pogoda zaczęła się wyraźnie psuć. Po raz pierwszy temperatura spadła poniżej 20 stopni od kiedy tu jestem...
Sam Wyszegrad jest położony zaledwie 35 km na północ od Budapesztu, wśród malowniczych wzgórz i pagórków Średniogórza Północnowęgierskiego i w pobliżu Zakola Dunaju. Głównym celem wyjazdu było zwiedzenie zamku/cytadeli, który/a dał/a nazwę dla Grupy Wyszehradzkiej. Zamek jest położony na wzgórzu, jakieś 300 metrów powyżej rzeki, tak więc dojazd prowadził fajnymi serpentynami. Prawie jak w górach. Jak dojechaliśmy, to moje wyobrażenie świata okazało się błędne. Zamek owszem stał (i stoi). Ale jest to ruina. Nie mogę sobie wyobrazić, jak wałęsa i spółka podpisują porozumienie w ruinach. Przecież tam prawie nigdzie nie ma dachu. Ale dobra, nie tylko ruiny są w życiu ważne. Widoki z punktów widokowych naprawdę przednie. Zarówno na okoliczne wzgórza, jak i na Dunaj, jak i na miasteczko po drugiej stronie rzeki. Ach, jakbym był poetą i żył w XIX wieku to bym wiersz aż napisał. Były tam też wystawy broni (taki ubogi Wawel) czy figur woskowych (pokazali ucztę królów i bal). Są też inne atrakcje - można się na kucyku przejechać, można z łuku postrzelać, można się zakuć w dyby. Fajno, fajno. Wejściówka kosztuje 600Ft, gdyby ktoś był chętny.
W drodze powrotnej, zamiast do jakiegoś bliżej nieznanego z nazwy muzeum, organizatorzy najpierw zabrali nas na dużą polankę, gdzie był piknik i degustacja wina. Wreszcie zjadłem, troszkę się wypiło. Pomyśleć, że jako jedyny w grupce wiedziałem czym jest calimocho, no jeszcze Katja wiedziała. W ogóle zapoznałem się z grupką sympatycznych Litwinów (i Litwinek) oraz Finką. Północna grupka :D
Potem pojechaliśmy do Szentendre. Bardzo urokliwe miasteczko. Do Starego Sącza podobne, wg B. Ciasne uliczki, kolorowe i niskie kamieniczki, festiwal ludowy i drogie restauracje. Tak oto się rysuje obraz Szentendre. Ale z B. użyliśmy polskiego zmysłu, który pozwala na znalezienie taniej knajpy i mieliśmy browara po 400Ft :) Niestety dziewczyny, gdzieś nam zniknęły. A potem były "obrażone", że je zostawiliśmy. Ech, kobiety! W samym mieście jest dużo zabytków i muzeów (wina i marcepanu także) oraz cerkwi zbudowanych przez Serbów, którzy kiedyś tu żyli.
Po drodze ujrzeliśmy jeszcze dwie osobliwości. Pierwszą z nich było rzymskie miasto Aquincum, które wzięło swoją nazwę od ciepłych źródeł. Miasto było dosyć duże jak na swoje czasy. A jego ruiny też miłe wrażenie sprawiają. Podobały mi się bardziej niż Forum Romanum. Takie subiektywne odczucie. Drugą rzeczą był Megyeri híd - trochę przypominający Most Siekierkowski w Warszawie. Z mostem wiąże się śmieszna anegdotka. Węgrzy uruchomili ankietę internetową, w której wybierało się imię dla mostu. Zwycięzcą został amerykański komik Stephen Colbert, gdyż przeprowadził na łamach swojego programu akcję promocyjną. A usłyszał o tej ankiecie, gdyż bardzo długo prowadził w zestawieniu Chuck Norris. Ten Chuck. Dziwię się, że za taką złośliwość Chuck nie potraktował Colberta z półobrotu. Disturbing, very disturbing.
Na koniec skromna galeryjka:
bombel został zakuty w dyby. Była to kara za sianie publicznego zgorszenia.Relację piszę w rytm świeżego (bo z 9 października) albumu:
Farben Lehre [Ferajna]
Do posłuchania na ich myspace.