poniedziałek, 7 września 2009

Rejestracja na zajęcia


Dziś miałem pierwszy dzień zajęć, już po okresie rejestracyjnym, który jednak cały czas trwa i zakończy się najpewniej w piątek.

Powiem na początek jedno. O KURWA! Jaki burdel! Myśleliście, że na UW jest źle, że wujek USOS to maszyna co niszczy psychikę ludzi i czyni z nich warzywa? Jeśli tak, to jesteście w błedzie. Nie, w wielbłądzie dosłownie. Jak wygląda rejestracja na zajęcia dla Erasmusów na ELTE? Otóż proszę Państwa w następujący sposób.

OSOBIŚCIE

Tak jak kiedyś u nas. Podobno jest tu coś w stylu Uniwersyteckiego Systemu Olewania Studentów, ale Erasmusi nie dostąpili błogosławieństwa korzystania z niego. Może i dobrze.

Generalnie mój plan zajęć oparłem na przedmiotach, które w planie zajęć oznaczone są jako CALIF, to znaczy, że są prowadzone przede wszystkim dla amerykańskich studentów z Kaliforni. Zapytałem oczywiście wcześniej tutejszej koordynatorki o możliwość uczęszczania na te zajęcia, bo lepiej się zawsze upewnić. Pamiętajcie drogie dzieci, zawsze pytajcie po kilka razy, kilku różnych ludzi! Wracając do tematu, z wiedzą o tym, że bardzo się cieszą, że zaszczycę swoją obecnością Hamerykanów złożyłem listę do zaakceptowania do Zajączka (koordynator na ISM-ie). Oczywiście teraz ta lista o dupę potłuc warta, ale o tym za chwilę. Dziś rano okazało się, że ze względu na limity miejsc, możemy wybrać sobie tylko jeden z pięciu. Pocisnęło mi się na usta staropolskie pozdrowienie skierowane do osób innych i wszelakich, ale nie wypowiedziałem go głośno, gdyż ujrzałem kilku Polaków. W każdym bądź razie (jak to się kurwa pisze? nigdy nie wiem), wybrałem przedmiot o porównaniu Budapesztu, Wiednia i Pragi (czeskiej) w kontekście urbanistyki, historii, architektury, kultury, ludności, problemów społecznych, dostępu do toalet publicznych i jakości usług oferowanych przez kobiety lekkich obyczajów. Potem była dogrywka, ponieważ na niektóre przedmioty okazało się mniej chętnych niż wynosi limit. Tu mi się udało wcisnąć na wstęp do prawa międzynarodowego, co sprawi, że z moim czteroletnim doświadczeniem będę poraz pierwszy na studiach Mózgiem Narodu.

oczywiście utrata trzech przedmiotów poczyniła kolejną trudność, jaką jest niemożność uzyskania 20 ECTS-ów. Za każdy CALIF były 4 punkty, więc jeżeli ukończyliście kurs matematyki na poziomie politechniki, to łatwo za pomocą całki nieoznaczonej wyliczycie, że mialbym 8 punktów. A skąd wziąć kolejne 12? Porozmawiam z wykładowcami - pomyślałem. A jak pomyślałem tak zrobiłem i oczywiście mój urok osobisty (w przypadku pani prowadzącej) oraz siła argumentów (w przypadku pana prowadzącego) pozwoliły na uzyskanie po 6 punktów, pod warunkiem dodatkowej rzeczy do zrobienia na zaliczenie, takiej jak esej, co nie stanowi problemu, a ja tworzę dalej to zdanie wielokrotnie złożone, bo chcę mieć przynajmniej cztery pełne linijki tekstu zajęte w notatniku, okej udało się. O czym to ja? A. Mam 12 punktów, przejrzałem listę zajęć i dorwałem jeszcze typowo dla Erasmusów rzeczy jak czytanie aktów prawa międzynarodowego (de ja vu?) oraz statystykę... Statystykę... STATYSTYKĘ! :( Ale co poradzić? Jest za 5 punktów, więc liczę, że Zajączek zaakceptuje to. Najgorsze, że lektorat madziarskiego nie daje żadnych korzyści wymiernych (oprócz umiejętności zamówienia bigmaca w narzeczu autochtonów). A szkoda, bo to byłyby najłatwiejsze 3 punkty w moim życiu. Cóż, zdobywałem łatwiejsze (Pawlak), ale chciałem, żeby fajnie zabrzmiało.

Burdel nie z tej ziemi. A wystarczyło powiadomić o tym wcześniej i nie byłoby żadnego problemu z dobraniem przedmiotów. A tak muszę czekać na emilię od doktora i modlić się, żeby zaakceptował.

Aha, żeby nie było tak miło. Co prawda mam tylko 4 przedmioty, ale te CALIF-y całe są dwa razy w tygodniu. Ergo mam 3 dni zajęć, z czego poniedziałek i środę zawalone, a wtorek raczej lajtowy.

Pisząc tę epistołę słuchałem:
Pelican [City of Echoes]

O moich kobietach.

Dostaje zniecierpliwione maile, błagalne komentarze, zdesperowane fanki dzwonią i płaczą. Dlaczemu? Bo za mało o Budapeszcie jest i moim niemoralnym życiu. Ja odpowiem najspokojniej w świecie. Spokojnie, nawet tydzień tu nie jestem. Jeszcze przyjdzie czas, już niedługo. A wtedy ustawię opcję podawania wieku, żeby nieletni nie gorszyli się treściami, a moherowi byli świadomi, że grzecznych rzeczy tu nie ma.

Ale jak już tak bardzo wszyscy mnie proszą, to proszę. Moja land-lady, zwana dalej Anną-Lindą, choć powinno się bez myślnika pisać, jest jednocześnie osobą młodą na tyle, żebyśmy razem wypili piwo albo wino i zapalili sziszę, których to sztuk posiadamy dwie, plus chore ilości tytoniu. Kolejnym moim współlokatorem jest Matteo, który to jest Kolumbijczykiem, który ma węgierskie korzenie, a przyjechał tu z Niemiec. Ach te koleje życia ludzkiego. Niestety, nie jest dealerem koki, haszu, trawki, broni (niepotrzebne skreślić). Ale za to zna miasto i służy za przewodnika po pubach i klubach. Trzecią moją współlokatorką jest Cora, z którą dzielę piętro. Nie mogę o niej za dużo powiedzieć, gdyż ponieważ nie ma jej. Pojawi się dopiero za 7 dni. Facebook na jej temat nie mówi dużo, poza tym, że jest Niemką. Może to oznaczać wszystko!

Mój pokój zajmuje górne piętro w dwupoziomowym mieszkaniu na ostatnim piętrze kamienicy w XII dzielnicy Budapesztu. Oznacza to tyle, że mieszkam w spokojnej, pagórkowatej dzielnicy, z okna mam widok na Górę Janusza, która jest duża i mam dosyć blisko na uniwersytet. Oczywiście mam cały pokój dla siebie, tak więc zapraszam na orgie i orgietki. Anna-Linda nie ma nic przeciwko. Wino jest tu tanie, tak więc możecie mi kupować. Ceny zaczynają się do 300ft (czyli na ludzkie pieniądze to będzie jakieś 4,50zł). Miejsce na podłodze jest, tak więc jeśli ktoś chce koniecznie dowiedzieć się jak to jest spać ze mną (panowie w przenośni oczywiście; panie mogą to traktować dosłownie), wystarczy mi to oznajmić, a ja poczynię specjalne przygotowania. Acha, mam tak na oko 40m2 tarasu, więc nie ma zajebistszego penthouse'a niż mój.

Ale Anna-Linda i Cora to nie jedyne moje kobiety. Są jeszcze mentorki. I tak zacznijmy od Dóry, która formalnie jest moją mentorką. Fanka futbolu z Debreczyna, osoba typu mało imprezowego, jak to sama ujęła, z facetem. Ale fajnie się gada, muszę się wreszcie ustawić z nią na zwiedzanie miasta. Z miejsca pozdrawiam Dórę i zapraszam na noc (choć oczywiście tego nie czyta i tym bardziej nie rozumie, więc mogę różne brednie tu wypisywać). Drugą mentorką, już nie moją, jest Anna, zwanka Panką. Panka to takie zdrobnienie imienia Anna. Podobno. Łot ewa. To jest typ przeciwny niż Dóra, dzięki niej poznaję miasto, podróżuję nocnymi (a właściwie to 956 - tak Q., pamiętam jak domu wracam!) i imprezuję z Madziarami i Madziarkami (tych trochę mniej, nie wiem czemu). Od jej paczki mam też zaproszenie na imprezę nad Balaton. Tak więc jeśli się tam nie utopię i telefon mi się nie rozładuje, to zrobię fotorelację.

Dziś był pierwszy dzień zajęć. O burdelu jaki panuje na uczelni napiszę kiedy indziej. Ale, że jest to bądź co bądź wydział humanistyczny, to przewaga płci pięknej klaruje się bez problemu. A że częściowo chodzę na wykład organizowany dla studentów z Kalifornii, to mam też w grupie łatwe Amerykanki. Z jedną całkowicie przypadkiem się nawet już zapoznałem. Julianna, California ma na imię, a okoliczności były obiecujące. Wiecie, taka sytuacja, co powoduje nawiązanie sympatii od pierwszego zdania, tajemnicze uśmiechy, ukradkowe spojrzenia, rumienienie się. Może rozwinę ten temat, bo widzę tutaj parę napalonych twarzyczek.

To tyle moich wytworów piśmienniczych.

A! Dla CookieMonstera wersja:
-> mój land-lord to Tamas, handluje spirytem przemycanym z Ukrainy i prowadzi skłot, w którym mieszkają sami nieudacznicy;
-> Matteo to dealer koki, który ma przejebane w Kartelu z Medellín, dlatego ukrywa się i jednocześnie zajmuje się sprowadzaniem dla mnie dziewczynek bez nóżek;
-> nie chodzę na żaden uniwersytet, tak naprawdę mnie wywalili za wygląd już pierwszego dnia, a mentorki to nie mentorki tylko kobiety innych obyczajów, które dokarmiają mnie suchym chlebem każdego poranka;
-> widok z "okna" mam na rzekę, oczywiście z poziomu rzeki, wszystko śmierdzi, jest wilgoć i grzyb.

Drogie Czytelniczki, oczywiście mam nadzieję, że ominęliście ostatni akapit :)

PS: Chciałem dziś fotoreportaż o drodze do szkoły zrobić, ale bateria mi padła w nieodpowiedniej chwili :( Obiecuję, że nadrobię to zaległość jak najszybciej.

PS2: Qlek, Anzelm mnie odwiedził! Tylko on o mnie pamięta i tęskni. Widzisz jak bardzo? :P

Wrześniowe potyczki, część pierwsza. Irlandia Północna.


Przyznam szczerze, że będąc na dobrowolnej emigracji w pięknym kraju Madziarów oczekiwałem z niecierpliwością na sobotnie spotkanie naszej reprezentacji z Irlandią Północną. Wiadomo, eliminacje do Mistrzostw Świata, zawsze jakaś porcja emocji. Jakoś czułem w kościach, że to spotkanie nie będzie widowiskiem klasy światowej, z którego akcje będą wyświetlane na filmikach na jutjubie z milionami kliknięć. Ale to zawsze mecz.

Spiąłem się i obejrzałem. Wcześniej co prawda patrzyłem na potyczkę węgiersko-szwedzką, ale wiedziałem jakoś, że Trzy Korony wygrają, więc w porę udałem się na kanał Sopcasta, żeby móc śledzić mecz.

Mam mieszane uczucia. Generalnie nasi dali dupy na całej długości. Błaszczykowski nie wykonał żadnego dryblingu, Brożek dno, Lewandowski Robert dno plus metr mułu, Krzynówek padaka. Aż mnie zęby bolały jak patrzyłem na monitor. Z drugiej strony pojawiały się pewne przebłyski. A to Obraniak dwa razy w pierwszej połowie zagroził bramce Taylora, a to Roger huknął jak z armaty, a to Smolarek strzelił na aut stojąc dwa metry od bramki (dobra, to nie był dobry przykład). Drewno Murawski, stwierdził, że grają dobry mecz. I tu się musze zgodzić z Bońkiem. Nie lubię gościa, ale powiedział mądrze. Zagrali dobrze jak na swoje umiejętności, więcej nie potrafią...

Mam dziwne wrażenie, że ten sezon będzie mega-do-dupy-i-zjebany. W europucharach już nie ma naszych przedstawicieli (Kuchenkorz i Skisła dały dupy w szczególności), w eliminacjach MŚ bardzo niespecjalnie idzie. Jezus w tym sezonie nas nie lubi. Trudno. Ale głupio, żeby Polska nie awansowała na turniej w RPA, bo potem do 2012 same towarzyskie będą nas czekać. N*U*D*A!

Nie będę się bawił w kalkulacje, ile punktów musimy jeszcze zdobyć, kto ma z kim przegrać lub zremisować. Polska ma trzy najbliższe mecze wygrać, żebym mógł się chociaż pocieszyć, że przegrali, ale po walce.

Chyba nie jestem optymistą.

05.09.2009, Chorzów
Polska 1-1 Irlandia Północna

0-1 Kyle Lafferty 38.
1-1 Aaron Hughes 80. (s)