piątek, 13 listopada 2009

János-hegy

Jak wiecie bombel jest człowiekiem sportowym (homo sportis). Siedzenie na tyłku źle na mnie wpływa. Muszę przejawiać jakąś aktywność ruchową. Ostatnio niestety miałem pewne problemy nożne, ale powoli mijają, choć ciągle boli. Ale jakoś trzeba żyć. Amputacji dokonam dopiero po przyjeździe do kraju na stałe.

Ale do rzeczy. Obudziły mnie dzisiaj promienie słoneczne i stwierdziłem, że dziś jest ten dzień. Dzień, w którym zdobędę najwyższe wzniesienie w Budapeszcie. Górę Janusza (János-hegy) - 527 m n.p.m. Niedużo, zważywszy, że wspinałem się po Tatrach, ale lepszy rydz niż nic. Zjadłem, ogarnąłem się i ruszyłem. Na przystanek autobusowy. Wlazłem w 22 i dojechałem do stacji kolejki dziecięcej (o której za chwilę). Ale! Dalszy odcinek pokonałem na pieszo. Znak na szlaku mówił, że czeka mnie 30 minut marszu. Cóż, oznaczenie czasowe tak jak w polskich górach mnie nie dotyczą - muszę sobie czas o połowę zawsze skracać. Nachylenie nie było zbyt duże, cały czas szło się w lesie, więc widoków i ekspozycji brak. Po 15 minutach doszedłem na szczyt. A nie byłem właściwie przygotowany. Właściwie to powinienem sam siebie zbesztać - płaszcz i adidasy, nic do picia. Na usprawiedliwienie powiem, że to miał być cały mój marsz.

Czyli szczyt. Szybko go osiągnąłem i nawet się zdziwiłem, że to już. Na miejsu wyłonił się wielki, świetlisty fallus (sorry, nie ta kartka). Na miejscu wyłoniła się wieża widokowa (Erzsébet-kilátó). Wstęp do niej bezpłatny. Wchodzę na pierwszy taras - widok zaje. Wchodzę na sam szczyt i widok stamtąd naprawdę powalał na kolana. Widziałem całą niemalże Budę i do tego niezły kawał Pesztu (zidentyfikowałem bez problemu budynek Parlamentu). Na upartego moją hacjendę też było widać, ale ciężko zidentyfikować pośród wszystkich domów. Po drugiej stronie za to widać było pola i wsie. I na każdej górze maszty telefoniczne, telewizyjne i radiowe. Po prostu pięknie. Ciekaw jestem jak wygląda rozświetlone miasto po zmroku.

Powrót planowałem w sposób zmechanizowany. Najpierw kolejką dziecięcą do Szechenyi-hegy i stamtąd kolejką zębatą pod dom. Ale. Pomyliłem szlaki :D Znak mnie trochę wywiódł w pole i zamiast w lewo, skręciłem w prawo. Nie zgubiłem się, tylko inną drogą trafiłem z powrotem na przystanek autobusu 22. Mogłem również dostać się na dół wyciągiem krzesełkowym (Libegő), ale jakoś nie ciągnęło mnie do niego. Może jak ktoś do mnie przyjedzie, to się w kilka osób tam wybierzemy. W celach informacyjnych, przejazd kolejką dziecięca (nazywa się tak, bo większość funkcji, takich jak zawiadamianie pociągów czy sprzedaż biletów, pełnią dzieci; maszyniści są dorośli) kosztuje w jedną stronę 500Ft, chyba że trafi się parowóz, wtedy 700Ft. Niedużo. Natomiast kolejka zębata należy do systemu komunikacji publicznej Budapesztu (linia nr 60) i bilety normalnie w kioskach po 300Ft. Chyba, że ma się miesięczny jak ja ;)

Szedłem czerwonym szlakiem, wróciłem żółtym.

Widoki w trakcie wędrowania.

Erzsébet-kilátó



Kilka widoków z wieży. Pierwsze zdjęcie z niższego poziomu, dwa następne z wyższego. Niestety, nie robią obiektywów szerokokątowych do telefonów komórkowych :(