Dzisiaj poruszę temat, którego nie chciałem nigdy poruszać. Temat służby zdrowia. Jak zapewne niektórzy wiedzą moje lewe kolano składa się ze smarków i wody, tak jest zmasakrowane. No i w dniu wczorajszym po raz kolejny odezwało się. Znaczy skręciło się. Kurwa, że tak powiem.
Prawo natury jest takie, że jak coś się z nogą dzieje, trzeba ją zbadać. Z moją nieznajomością węgierskiego wyjście do szpitala byłoby naprawdę trudne, wręcz karkołomne. Na szczęście Dóra bardzo mi pomogła i służyła mi za tłumacza, za co jestem ogromnie wdzięczny. Na początek udaliśmy się do szpitala, który jest niemalże po sąsiedzku - Szent János Kórház. Budynek w którym mieści się ostry dyżur zarówno od zewnątrz, jak i od środka, przypominał mi główną część szpitala w Żyrardowie. Stary, wystrój a la późny Gomułka. Generalnie smutek. Ale ściany nie leczą, lecz lekarze, więc trzeba było poczekać na swoją kolej. Po jakiejś godzinie wreszcie przyszła moja kolej. Był to jednak pierwszy etap, czyli rejestracja i skierowanie na RTG. Nie przez lekarza. Okej, jak trza to trzeba. W sumie to samo jest w Polsce. Po zrobieniu zdjęcia jednak nie wchodzisz do doktora bez kolejki, tylko czekasz aż wyczytają. Na szczęście to trwało jakieś 30 minut, więc był czas, żeby się herbatki napić. Potem badanie, wreszcie. Co ciekawe lekarz mówił po angielsku! Pobadał, mówił co robi (w PL tego nie praktykują). Wypisał receptę na zastrzyki podskórne (yeah! znowu będę jak ćpun!) i kazał założyć gips (GRRR). Całe szczęście, że tylko do środy, bo bym się wściekł. Tym bardziej, że unieruchomili mi stopę, co powoduje pewne komplikacje w chodzeniu. W sumie nie powienienem w ogóle chodzić, no ale bez przesady. Na zajęcia i tak się nie będę wybierał. Łot ewa. Na szczęście wyrok doktorka nie jest poważny. Skręcenie kolana bez uszkodzeń wewnątrz stawu. Jeżeli ból nie ustąpi do czasu kontroli zrobią mi USG i nawet MRI (!), żeby sprawdzić czy z łąkotką nic się nie dzieje. Ale szczerze powiedziawszy, jak kiedyś miałem naderwane więzadło, to lepiej żeby nie robili nic, bo jeszcze operacji im się zachce jakiejś...
Oczywiście za pomoc nic nie płacę, bo jestem radosnym posiadaczem EKUZ-u. Dodatkowo wykupiłem sobie ubezpieczenie w ramach ISIC, więc nawet jakieś odszkodowanie mi się trafi pewnie. Będę musiał to zgłosić.
Chcę jeszcze raz podziękować Dórze, naprawdę bardzo mi pomogła. Co prawda nie będzie tego czytać, ale co tam.
PS: Nie śmiać się, że jestem inwalidą. Tylko ja sam siebie mogę tak nazywać :)
niedziela, 20 września 2009
Subskrybuj:
Posty (Atom)