piątek, 13 listopada 2009

János-hegy

Jak wiecie bombel jest człowiekiem sportowym (homo sportis). Siedzenie na tyłku źle na mnie wpływa. Muszę przejawiać jakąś aktywność ruchową. Ostatnio niestety miałem pewne problemy nożne, ale powoli mijają, choć ciągle boli. Ale jakoś trzeba żyć. Amputacji dokonam dopiero po przyjeździe do kraju na stałe.

Ale do rzeczy. Obudziły mnie dzisiaj promienie słoneczne i stwierdziłem, że dziś jest ten dzień. Dzień, w którym zdobędę najwyższe wzniesienie w Budapeszcie. Górę Janusza (János-hegy) - 527 m n.p.m. Niedużo, zważywszy, że wspinałem się po Tatrach, ale lepszy rydz niż nic. Zjadłem, ogarnąłem się i ruszyłem. Na przystanek autobusowy. Wlazłem w 22 i dojechałem do stacji kolejki dziecięcej (o której za chwilę). Ale! Dalszy odcinek pokonałem na pieszo. Znak na szlaku mówił, że czeka mnie 30 minut marszu. Cóż, oznaczenie czasowe tak jak w polskich górach mnie nie dotyczą - muszę sobie czas o połowę zawsze skracać. Nachylenie nie było zbyt duże, cały czas szło się w lesie, więc widoków i ekspozycji brak. Po 15 minutach doszedłem na szczyt. A nie byłem właściwie przygotowany. Właściwie to powinienem sam siebie zbesztać - płaszcz i adidasy, nic do picia. Na usprawiedliwienie powiem, że to miał być cały mój marsz.

Czyli szczyt. Szybko go osiągnąłem i nawet się zdziwiłem, że to już. Na miejsu wyłonił się wielki, świetlisty fallus (sorry, nie ta kartka). Na miejscu wyłoniła się wieża widokowa (Erzsébet-kilátó). Wstęp do niej bezpłatny. Wchodzę na pierwszy taras - widok zaje. Wchodzę na sam szczyt i widok stamtąd naprawdę powalał na kolana. Widziałem całą niemalże Budę i do tego niezły kawał Pesztu (zidentyfikowałem bez problemu budynek Parlamentu). Na upartego moją hacjendę też było widać, ale ciężko zidentyfikować pośród wszystkich domów. Po drugiej stronie za to widać było pola i wsie. I na każdej górze maszty telefoniczne, telewizyjne i radiowe. Po prostu pięknie. Ciekaw jestem jak wygląda rozświetlone miasto po zmroku.

Powrót planowałem w sposób zmechanizowany. Najpierw kolejką dziecięcą do Szechenyi-hegy i stamtąd kolejką zębatą pod dom. Ale. Pomyliłem szlaki :D Znak mnie trochę wywiódł w pole i zamiast w lewo, skręciłem w prawo. Nie zgubiłem się, tylko inną drogą trafiłem z powrotem na przystanek autobusu 22. Mogłem również dostać się na dół wyciągiem krzesełkowym (Libegő), ale jakoś nie ciągnęło mnie do niego. Może jak ktoś do mnie przyjedzie, to się w kilka osób tam wybierzemy. W celach informacyjnych, przejazd kolejką dziecięca (nazywa się tak, bo większość funkcji, takich jak zawiadamianie pociągów czy sprzedaż biletów, pełnią dzieci; maszyniści są dorośli) kosztuje w jedną stronę 500Ft, chyba że trafi się parowóz, wtedy 700Ft. Niedużo. Natomiast kolejka zębata należy do systemu komunikacji publicznej Budapesztu (linia nr 60) i bilety normalnie w kioskach po 300Ft. Chyba, że ma się miesięczny jak ja ;)

Szedłem czerwonym szlakiem, wróciłem żółtym.

Widoki w trakcie wędrowania.

Erzsébet-kilátó



Kilka widoków z wieży. Pierwsze zdjęcie z niższego poziomu, dwa następne z wyższego. Niestety, nie robią obiektywów szerokokątowych do telefonów komórkowych :(

wtorek, 10 listopada 2009

Terror Háza

Mieszkam już w Budapeszcie trzeci miesiąc i szczerze powiedziawszy, nie zwiedziłem za dużo. Tak wiem, jest leniem. Ale nie poradze nic na to i jednocześnie dobrze mi z tym ;) Dziś jednak uległem namowom B. i K. i stwierdziłem, że pójdę do muzeum się odchamić. Wybór padł na Dom Terroru.

Dobra, wystarczająco was wystraszyłem tą nazwą, ale do rzeczy. Jest to muzeum dokumentujące czasy dwóch dyktatur: nazistowskiej i komunistycznej. Tutaj mała dygresja. Wiem, że nie powinienem się śmiać ani szydzić z bolesnej przeszłości Węgrów, ale... Tutejsi naziole nazwali się strzałokrzyżowcami. Już samo to określenie brzmi debilnie, a ich logo (czerwona flaga, białe kołeczko pośrodku i cztery strzałki) wygląda jakby zaprojektował je jakiś Jacyków czy inny luzer. Ale dobra, temat poważny i będę ich nazywał naziolami, bo nimi byli.

Muzeum jest położone przy Andrássy út 60, czyli samo centrum, najlepsza ulica w mieście. Kamienica też niczego sobie, z końca XIX wieku. W przeszłości mieściła się tu najpierw siedziba główna nazioli, a po wojnie komuchy ulokowały miejscową tajną policję w tym samym miejscu. Ulokowanie tu muzeum było więc całkowicie normalne. Bardzo ciekawy efekt osiągnięto przez wydłużenie dachu ponad budynek i zrobienie prześwitu w kształcie gwiazdki, strzałek i napisu "TERROR", który może rzucać cień na chodnik. Ale nie wiem czy to robi, bo deszcz padał i nie było słoneczka.

Jeśli chodzi o samą wystawę, to wije się ona przez cały niemalże budynek. Jest to muzeum nowej generacji, coś w stylu Muzeum Powstania Warszawskiego (tyle, że to w Warszawie dużo większe i bardziej interaktywne jest). Proporcja eksponatów i tematyki przechyla się na korzyść lat 1945-89, z racji długości. Choć niektórzy dopatrywali się jakichś podtekstów politycznych (które pewnie były, ale nie mnie to oceniać). Ale żeby objąć całość, to zaczyna się od roku 1920 i traktatu w Trianon (Węgrzy mają kompleks), potem okres II wojny światowej, rządy nazioli, "wyzwolenie" przez czerwonych, kolektywizacja, rewolucja 1956 i generalnie życie w komuniźmie.

Ekspozycję oceniam bardzo wysoko. Wszystko sensownie rozplanowane, ciekawe eksponaty, ilustracja muzyczno-filmowa robi wrażenie (rock w trakcie filmów o inwazjach na Węgry miodzio!). W dziedzińcu kamienicy ustawiono wielką ścianę z fotografiami ofiar i czołgiem (T-34? nie wiem, o wypowiedź proszę ekspertów). W jednej z sal jest Czarna Wołga, która w pełnej ciemności rozświetla się na czerwono w środku. Są nawet walonki (zsyłki na Syberię). Stare radia, metalowe kielonki na wódkę, propagandowe plakaty. Można założyć na uszy słuchawki ludzi z łączności, odebrać telefon, w którym ktoś coś po madziarsku gada. Masa filmów dokumentalnych leci w tle. Piwnice... Zjeżdża się do nich windą z drugiego piętra, zajmuje to około 5 minut. W tym czasie ogląda się film, na którym facet opowiada, jak wygląda wykonywanie kary śmierci. Potem tylko gorzej. Realnie odtworzone cele. Wszedłem do jednej i poczułem się strasznie nieswojo - zimno, brudno, śmierdzi, wyposażenie jak w rzeczywistości. Łaźnia, izolatka, w której stało się na przestrzeni 1 m^2. Wreszcie sala, w której stoi szubienica, w tym momencie zrobiło mi się niedobrze. Potem, jeszcze tylko przejście przez salę, w której stało kilka następnych szubienic i wyjście na powierzchnię. Dobrze, że nic nie jadłem przed wejściem. Piwnice robią wrażenie, naprawdę. Tak jak kiedyś wizyta w katowni Gestapo na Szucha. Brrr...

Wadą według mnie jest bardzo mała ilość napisów po angielsku przy eksponatach czy cytatach. Można co prawda wypożyczyć angielskiego audio-przewodnika, ale to nie to samo. Nie lubię przewodników w muzeach, wolę sam wszystko oglądać. Pamiątki w sklepiku drogawe, ale nie przesadnie - przewodnik po BUD za 4500Ft. No dobra, drogo :) Nie we wszystkich filmach są napisy po angielsku. Aha, wstęp dla osób w wieku od 8 do 26 z krajów UE wynosi 900Ft.

W środku jest pełen zakaz robienia zdjęć, dlatego skorzystam z galerii umieszczonej na oficjalnej stronie Domu Terroru.










niedziela, 8 listopada 2009

pg.lost

Zakochałem się. Co prawda nie w kobiecie (a szkoda), ale w piosence. Swoją drogą ostatnimi czasy jakoś tak często zdarza mi się, że odchodzę od utartych muzycznych przyzwyczajeń i szukam. I teraz wpadła mi w łapki szwedzka grupa post-rockowa (dlaczego dla tak fajnej muzyki wymyślono tak debilną nazwę?) o nazwie pg.lost. Pisane z małej litery z kropką w środku. Muzyka. Bez wokalu. Czyste piękno. Chyba się sentymentalny na starość robię. Więcej muzyki na ich spejsie.



PS: Zapraszam na nowego bloga "Sketchlessness", do którego link jest po prawicy bloga. Oglądać obrazki. Tako rzecz bombel.

piątek, 6 listopada 2009

bombla perypetie z podróżą do Polski

Przepraszam wszystkich stęsknionych, że dawno nie pisałem, ale miałem kilka powodów, przez które straciłem wenę. A potem do Polski przyjechałem na parę dni. Niestety z powodów własnej głupoty - głównie niepomyślunku o wykorzystaniu mp3 playera jakos pendraka nie wrzuciłem tej notki już po przyjeździe, a dopiero teraz. Tekst napisałem w drodze z Budapesztu do Krakowa. Tyle tytułem nudnego wstępu i zapraszam do lektury ;)

"Jak zapewne pamiętacie (albo i nie), kilka miesięcy temu napisałem notkę o sposobie dojazdu do Węgier. Wspomniałem między innymi o transporcie kombinowanym, mianowicie o autokarze OrangeWays do Krakowa, a potem z grodu Kraka do grodu Warsa i Sawy. No i postanowiłem wybrać tę opcję na podróż do kraju na czas ferii jesiennych.

Bilet zakupiłem elegancko przez Internet w połowie września, kiedy siedziałem bezczynnie w pokoju z nogą w gipsie. Ach, kocham transakcje przy użyciu kart kredytowych. Nie musisz się ruszać, a wszystko samo do ciebie przychodzi. Koszt oczywiście nie był duży, więc byłem podwójnie ukontentowany. Super. Daty też bardzo mi pasowały - wydłużały moje ferie do 10 dni. Miałem wyjechać w czwartek 22 X, a wrócić 1 XI. Ale nie uprzedzajmy faktów (by Boguław Wołoszański).

Aż nadszedł październik. Jesień, preludium kłopotów. Ale o tym może innym razem. Żeby nie było, jesień bardzo lubię. Ale ad rem. W pewne piątkowe popołudnie dostałem maila od OrangeWays z informacją, że moja czwartkowa podróż z przyczyn technicznych została odwołana. Przewoźnik bardzo przeprasza, kaja się, błaga Pana o wybaczenie i gwarantuje zwrot pieniędzy. Co mi po 7500Ft, kiedy nie mam kasy, a siedzenie bezczynnie bez środków do życia i imprezowania może być frustrujące. Dodatkowo dali opcję przebukowania biletu (Geez, prawie jak w WizzAirze) lub w swej wspaniałomyślności i miłosierdziu opcję na pociąg z BUD do KRK na środę wieczór. Mój tok myślenia był następujący: pojadę sobie w środę wieczorem, w czwartek o świcie będę w kraju i na Mazowsze dojadę 12 godzin wcześniej niż planowałem. Najs! Zadowolony z siebie wysłałem maila z "reklamacją" i informacja, że chcę pociągiem jechać. Było to 11 października.

14 października wysłałem maila jeszcze raz, na drugi adres (bo podane były dwa), tak dla pewności. Odpowiedzi żadnej nie dostałem. Wkurzyłem się, a że byłem już dostatecznie sfrustrowany życiem, to Cookie może potwierdzić czym może objawiać się agresja u bombla. Pojechałem do "biura" ichniego w Budapeszcie, które mieści się przy Ulloi ut, przy stadionie Ferencvarosu. Pani przy biurku powiedziała, że to tylko punkt sprzedaży i nie może mi pomóc. Czyżby była koniem? Zadzowniłem do CallCentre. Miła pani w telefonie powiedziała, że nic nie wie i nie może mi pomóc. Ale powiedziała, że zadzwonią, jak coś będą wiedzieć. Nie zadzwonili. Wysłałem kolejnego maila (dobrze, że bez pogróżek), oczywiście żadnej odpowiedzi, tak jak się spodziewałem. W końcu znowu zadzwoniłem w ten wtorek. Miła pani w telefonie (ale inna niż wcześniej) powiedziała, że z moim biletem jest wszystko w porządku i w czwartek mogę spokojnie udać się na Nepliget, w celu iżby pojechać do Polski. Zrobiłem minę w stylu o_O, stałem się confused, ale pomyślałem, że fajnie.

Wstałem o 5 rano w czwartek. Noc ciemna i głucha. Zrobiłem sobie zajebiste kanapki z serem, wędliną, papryka, keczupem i majonezem. Spakowany udałem się w miejsce odjazdu, a tam dwa autobusy - jeden do Pragi, drugi do Wiednia. "Kurva!" pomyślałem, po czym wróciłem do mojego penthouse'u w Budzie. Poczekałem do 10, zadzwoniłem do CC. Kolejna miła pani w telefonie powiedziała, że dzisiaj (znaczy w czwartek) nie jeżdżą do Kraka. Ale po spojrzeniu w mój e-ticket stwierdziła, że mają problem, przepraszają, kajają się, padają na kolana przed Panem i w ramach zadośćuczynienia przebukują bilet na piątek. Dobra, pomyślałem, bo chcę przyjechać jak najszybciej. (O śnieg w górach na Słowacji jest!). Szczęśliwie ten autobus normalnie jedzie, czego jesteście świadkiem, gdyż piszę siedząc w nim. Oczywiście notkę umieszczę jak uzyskam dostęp do sieci, a więc nie wiem kiedy.

Podróż dzisiejszym autobusem niestety rodzi pewne problemy. Otóż, autobus z Budapesztu wyjechał o 14:00, a do Krakowa przyjeżdża o 21:30. O tej porze mniej więcej jest tylko jeden pociąg do Warszawy, o 22:44. Jest to zwykły pośpieszny przez Katowice i Częstochowę. Do Wawy dojeżdża o 4:40... Potem jeszcze tylko pociąg do Żyrardowa o 5:20 i o 6:09 jestem w moim rodzinnym mieście. Jak łatwo policzyć podróż zajmie mi około 16 godzin.... Ale cóż, trudno się mówi. Najważniejsze, że jadę i "niedługo" znowu zjem prawdziwy obiadek :) a może nawet zdążę dziś do BK iść? Kto wie, kto wie.

Jadąc i pisząc słucham:

David Gilmour
[On an Island]"

czwartek, 15 października 2009

Wieprzowina ze śliwkami, pieczarkami i miodem

Rewanżując się Dórze (oraz B. i K.) za zeszłotygodniową kolację postanowiłem przygotować i ja coś na kolację przyrządzić. Długo nie mogłem wpaść na żadną sensowną ideę. Jedynym wyznacznikiem było to, że została nam po kolacji butelka czerwonego wina. A do czerwonego wina najlepiej pasuje mięso czerwone. W końcu po długim przeczesywaniu pamięci mej oraz Internetu zdecydowałem się na potrawę z tytułu. "Jedynym" problemem było zrobienie zakupów, ale tutaj na szczęście Dóra okazała się pomocna i w Tesco nie czułem się zagubiony. Oczywiście jedno zioło nie to co trzeba kupiliśmy, ale to pikuś :) a oto sposób przygotowania dania. Aha, porcja dla 5 osób.

  1. 1,8 kg schabu wieprzowego kroimy w niedużą kostkę, wrzucić na rozgrzaną oliwę i smażyć 5-7 minut do uzyskania rumieńców przez mięsko. Po tym czasie odcedzić w durszlaku z nadmiaru tłuszczu.
  2. W miejsce schabu wrzucić dwie pokrojone "w piórka" cebule i smażyć ok. 2-3 minut. Następnie dodać 2 łyżki miodu, kielonek octu jabłkowego, niecałą szklankę białego, półsłodkiego wina, estragon według uznania (może być tymianek) oraz 200 g śliwek suszonych. No i oczywiście odcedzone mięso. Dusić przez 15 minut.
  3. Na drugiej patelni rozgrzać oliwę, wrzucić 250 g całych pieczarek i posolić dosyć obficie. Po 5 minutach powinny być rumiane. Dorzucić do garnka z mięsem i dusić przez kolejne 10 minut.
  4. Przyprawić solą, pieprzem, granulatem czosnkowym oraz łyżkę świeżej, pokrojonej pietruszki.
  5. Podawać z winem (niekoniecznie czerwonym) i tostami lub ryżem.



Tym razem miałem na uszach mp3 z:

Akurat [Prowincja]

poniedziałek, 12 października 2009

Kurczak z czerwoną fasolą w sosie pomidorowym

Z reguły jak sobie coś gotuję, to nie jest to jakoś przesadnie skomplikowana potrawa. Głównie jest to proste spaghetti albo inny makaron lub warzywka z ryżem. Ale czasem mi odbija i wtedy muszę zrobić coś lepszego i bardziej skomplikowanego. Muszę nasycić swoją potrzebę gotowania i poczuć się prawie jak kucharz. Dziś do zaproponowania mam potrawę z kurczaka.

  1. Dwa filety z piersi kurczaka nacieramy ziołami prowansalskimi i pozostawiamy na kilka minut, żeby przesiąkł aromatem.
  2. Mięso kroimy w kostkę i wrzucamy na rozgrzaną oliwę. Smażymy około 15 minut.
  3. Cebulę kroimy w kostkę i wrzucamy do smażącego się kurczaka.
  4. W momencie, gdy cebula zeszkli się całość zalewamy fasolą czerwoną w sosie pomidorowym. Można kupić gotową puszeczkę firmy Bonduelle (wersja dla leniwych i bombla) lub samemu przygotować. Wtedy musimy namoczyć 24 godziny wcześniej czerwoną fasolę, a z pomidorów przygotować sos według własnego uznania. Za dużo zachodu z tym. W każdym bądź razie, zalać i podgrzać. W międzyczasie przyprawić do smaku wedle uznania.
  5. Podawać z ryżem oraz "sałatką szwedzką", lub innymi warzywami marynowanymi. Do picia polecam piwo o lekkim smaku cytrynowym (jak na przykład Soproni Szőke Ciklon).

Sposób wykonania przypominałem sobie słuchając:

Yonderboi [Splendid Isolation]

niedziela, 11 października 2009

Visegrád

Pierwsza wycieczka, jaka została zorganizowana przez tutejszą odnogę ESN, była nad Balaton, a dokładnie do miejscowości Zánka. Niestety, ze względu na wypadki losowo-kolanowe nie mogłem wziąć udziału w obozie-melanżu. Cóż, nie dane mi jest tam jechać. Na ten weekend zaś zaplanowano wyjazd do Wyszegradu, na który z chęcią się zdecydowałem i jako pierwszy zapisałem się na wyjazd. Cena - jedynie 1500Ft.

Wyjazd. Początki są zawsze najtrudniejsze. I tak było tym razem. Zbiórka została wyznaczona na godzinę 9 przy kampusie, gdzie mam zajęcia. Spowodowało to jedną trudność - musiałem wstać o 7, żeby móc przygotować sobie jedzonko na drogę i samemu się ogarnąć. Wstawanie o 7 rano w sobotę zakrawa na zbrodnię przeciwko ludzkości. Jednocześnie tak wcześnie tu na Węgrzech jeszcze nie wstałem. Jakoś się udało i byłem na czas. Oczywiście wyruszyliśmy z kilkunastominutowym opóźnieniem, ale nie stanowiło to jakiegoś problemu, choć pogoda zaczęła się wyraźnie psuć. Po raz pierwszy temperatura spadła poniżej 20 stopni od kiedy tu jestem...

Sam Wyszegrad jest położony zaledwie 35 km na północ od Budapesztu, wśród malowniczych wzgórz i pagórków Średniogórza Północnowęgierskiego i w pobliżu Zakola Dunaju. Głównym celem wyjazdu było zwiedzenie zamku/cytadeli, który/a dał/a nazwę dla Grupy Wyszehradzkiej. Zamek jest położony na wzgórzu, jakieś 300 metrów powyżej rzeki, tak więc dojazd prowadził fajnymi serpentynami. Prawie jak w górach. Jak dojechaliśmy, to moje wyobrażenie świata okazało się błędne. Zamek owszem stał (i stoi). Ale jest to ruina. Nie mogę sobie wyobrazić, jak wałęsa i spółka podpisują porozumienie w ruinach. Przecież tam prawie nigdzie nie ma dachu. Ale dobra, nie tylko ruiny są w życiu ważne. Widoki z punktów widokowych naprawdę przednie. Zarówno na okoliczne wzgórza, jak i na Dunaj, jak i na miasteczko po drugiej stronie rzeki. Ach, jakbym był poetą i żył w XIX wieku to bym wiersz aż napisał. Były tam też wystawy broni (taki ubogi Wawel) czy figur woskowych (pokazali ucztę królów i bal). Są też inne atrakcje - można się na kucyku przejechać, można z łuku postrzelać, można się zakuć w dyby. Fajno, fajno. Wejściówka kosztuje 600Ft, gdyby ktoś był chętny.

W drodze powrotnej, zamiast do jakiegoś bliżej nieznanego z nazwy muzeum, organizatorzy najpierw zabrali nas na dużą polankę, gdzie był piknik i degustacja wina. Wreszcie zjadłem, troszkę się wypiło. Pomyśleć, że jako jedyny w grupce wiedziałem czym jest calimocho, no jeszcze Katja wiedziała. W ogóle zapoznałem się z grupką sympatycznych Litwinów (i Litwinek) oraz Finką. Północna grupka :D

Potem pojechaliśmy do Szentendre. Bardzo urokliwe miasteczko. Do Starego Sącza podobne, wg B. Ciasne uliczki, kolorowe i niskie kamieniczki, festiwal ludowy i drogie restauracje. Tak oto się rysuje obraz Szentendre. Ale z B. użyliśmy polskiego zmysłu, który pozwala na znalezienie taniej knajpy i mieliśmy browara po 400Ft :) Niestety dziewczyny, gdzieś nam zniknęły. A potem były "obrażone", że je zostawiliśmy. Ech, kobiety! W samym mieście jest dużo zabytków i muzeów (wina i marcepanu także) oraz cerkwi zbudowanych przez Serbów, którzy kiedyś tu żyli.

Po drodze ujrzeliśmy jeszcze dwie osobliwości. Pierwszą z nich było rzymskie miasto Aquincum, które wzięło swoją nazwę od ciepłych źródeł. Miasto było dosyć duże jak na swoje czasy. A jego ruiny też miłe wrażenie sprawiają. Podobały mi się bardziej niż Forum Romanum. Takie subiektywne odczucie. Drugą rzeczą był Megyeri híd - trochę przypominający Most Siekierkowski w Warszawie. Z mostem wiąże się śmieszna anegdotka. Węgrzy uruchomili ankietę internetową, w której wybierało się imię dla mostu. Zwycięzcą został amerykański komik Stephen Colbert, gdyż przeprowadził na łamach swojego programu akcję promocyjną. A usłyszał o tej ankiecie, gdyż bardzo długo prowadził w zestawieniu Chuck Norris. Ten Chuck. Dziwię się, że za taką złośliwość Chuck nie potraktował Colberta z półobrotu. Disturbing, very disturbing.

Na koniec skromna galeryjka:


Widok na zamek z poziomu rzeki. Zastosowano kilkukrotny zoom, żeby było go widać.

Zaczątek Szentendrei-sziget, która ciągnie się prawie pod sam Budapeszt - 35 km długości.

Uczta u Karola Roberta. Nawet nasz Kazio III Nagy został zaproszony.

bombel został zakuty w dyby. Była to kara za sianie publicznego zgorszenia.

Przykład zaawansowania technologicznego średniowiecznych Madziarów.

Spodziewałem się ślicznych i pociętych ramion. A tam tylko jakieś miecze i halabardy :(

Relację piszę w rytm świeżego (bo z 9 października) albumu:

Farben Lehre [Ferajna]

Do posłuchania na ich myspace.

wtorek, 6 października 2009

"W dniu, w którym dojrzejesz biologicznie, spotkaj się ze mną w bocznej uliczce"

Dziś krótko, zwięźle i nie na żadny temat. Nie spałem od nocy z niedzieli na poniedziałek (i to tylko dlatego, że upiłem się), czuję się jakbym dostał w głowę narzędziem używanym w USA do gry zespołowej w ramach ligi MLB, a moje uda są nagrzewane przez termofor. Choć takowego nie posiadam. Do tego mój umysł pracuje na wyjątkowo dziwnych obrotach. Pragnę tylko jednego. Wyspać się. Ale jakoś tak nie mogę, bo nie mogę zasnąć. Za to pozostałe moje życie kwitnie, poznaję miasto, zapoznaję się bliżej z ludźmi, smakuję kuchnię tutejszą (rácokhús i madártej). Generalnie żyje mi się tu dobrze i wspaniale. Tylko czegoś ciągle brakuje...

Dlatego, żeby nie zamulać mam dla was piosenkę. Autorstwa kogoś o nicku Savlonic. Nie pytajcie, nie szukajcie. Dźwięki jak z Pegasusa, Electro Hitler, Rom głównym bohaterem. Tak, to nie trzyma się kupy.



"Bo mężczyźni są odrażająco brudni i źli". Szczególnie, gdy się nie wyśpią.

PS: Nie rozumiesz tego posta? Prześlij 10000Ft na moje konto, a w dniach 22 października - 1 listopada spotkam się z Tobą i wszystko wytłumaczę. Oczywiście dotyczy to moich Drogich Czytelniczek :) Tak, panów dyskryminuję. A co, moje królestwo :)

PS2: Tytuł posta, jak i przedostatnie zdanie (oba w cudzysłowie), nie odzwierciedlają moich przekonań w żadnym stopniu. Są to cycaty z Afro Kolektywu. Kto chce posłuchać mieszanki hip hopu z acid jazzem (łot ewa) oto link

poniedziałek, 5 października 2009

Lángos

Wróciłem! Wiem, że za mną tęskniłyście (wy panowie też, ale to nie to samo). Drogie Panie, nigdy bym Was nie zostawił! No proszę! Miałem po prostu zły okres w życiu - zero weny, zero pomysłów, zero alkoholu. Czasem tak bywa, że bombel ma problemy ze sobą. Ale wróciłem. Przynajmniej na trochę, bo teraz ciężki okres imprezowo-uczelniany się szykuje, więc o sen i siły do pisania może być ciężko. Ale trzymajcie kciuki moje drogie Czytelniczki (czytelnicy także).

Wreszcie. Tak można ująć moje próby spróbowania langosza (pozostanę przy tej formie zapisu, bo jest łatwiejsza). Czymże jest ten posiłek? Dóra, z którą miałem ostatnimi czasy wiele czasu na rozmowy, powiedziała, że na Węgrzech langosz jest daniem "wakacyjnym". Madziarzy jedzą go zawsze, kiedy są na wakacjach nad Balatonem (m. in. zapewne). Z moich obserwacji jakie poczyniłem, to jest to też chyba posiłek poimprezowy. Kupić to można w budkach i miniknajpkach otwartych całą dobę. Albo i nie. Szczególnie drastyczne są przypadki miejsc, gdzie można kupić langosza tylko w sobatni poranek PRZED 10! Barbarzyństwo.

Skład langosza. Ciasto drożdżowe smażone w głębokim tłuszczu, posmarowane śmietaną kwaśną i posypany serem (który nie jest rozpuszczony). I to w zasadzie tyle. Owszem, są wersje z różną ilością dodatków, ale byłem w stanie zrozumieć tylko jedną pozycję - langosz z serem. Inne słowa brzmiały jak mowa elfów w powieściach Tolkiena. Obco. Ciasto. Nie. Bułkę. Nie. Kanapkę. Nie. Cholera. Hmmmm. Placek. Placek dostałem bardzo szybko, zapłaciłem wcześniej jakieś 400Ft, ale głowy nie dam bo byłem pijany i to bardzo, a w takim stanie nie umiem operować cyframi i liczbami. Panie miłe, widziały, że stoi przed nimi człowiek, który za chuja nie rozumie co się do niego mówi - pewnie upośledzony jakiś. Dostałem więc o co prosiłem i zabrałem się za konsumpcję. Oto jak to wygląda:


Na początek ciasto. Podsmażcie sobie ciasto z mąki, wody, soli i drożdży w głębokim oleju. Nic nadzwyczajnego. Było tłusto i ciężko już po pierwszym kęsie. Potem dobiłem się do dodatków. Myślałem, że polane to-to jest jakimś sosem śmietanowym, jednak pierwszy kontakt z białą mazią upewnił mnie, że była to śmietana. Ser żółty smakował jak ser żółty. Czyli nic specjalnego. Brakowało mi keczupu nie wiem czemu. Generalnie w smaku złe to nie było - smażony chleb z serem i śmietaną. Eatable, jak to Mateo ujmuje. Nie stałem się jakimś wielkim fanem langoszy. Dość powiedzieć, że kebab z baraniny (lub w najgorszym przypadku z kurczaka) z zagłębia przy Królewskiej jest dużo lepszą opcją na zaspokojenie gastrofazy zapijaczonego organizmu bombla. Ale z braku zagłębia kebabowego na Królewskiej w Budapeszcie muszę się zadowolić czym się da.

A powiem, że w godzina 3-4 ciężko o posiłek, który jest godny żołądka bombla. Wspomnianego zagłębia kebabowego na Królewskiej nie ma tutaj, a tutejsze gyrosy z greckich knajp nie równają się do tureckich dzieł kulinarnych. Jest jeden 24-godzinny McDonald's, no ale proszę. Szanujmy się. Tylko BurgerKing! Jest jeszcze Subway, ale jest tam drogo to raz, a dwa takie kanapki to ja sobie mogę w domu robić. W Peszcie udało mi się znaleźć sklep nocny, a tam kanapki, które również są w Sparze i nawet u mnie na uczelni. Drogie są i nie wzbudzają mojego zaufania. Podsumowując - jest lepiej niż w Madrycie (gdzie musiałem się naprawdę nachodzić, żeby zwykłego spożywczaka znaleźć. Jadłodajni tam nie ma o tej porze czynnych...), ale do osiągnięcia ideału satysfakcjonującego mój żołądek jeszcze trochę brakuje. Co nie zmienia faktu, że i tak bardzo lubię to miasto i te przejściowe problemy jakoś da się przezwyciężyć. Na przykład przez wizyty w kuchniach kobiet, które zapraszają mnie do siebie na noc w celach wiadomych.

Pisałem i bujałem się w rytm:
Akurat [Fantasmagorie]
(dzięki dla K. za przypomnienie tej płyty :*)

PS: Już prawie chodzę bez bólu i nawet na schodach nic nie czuję. Prawie nic nie czuję oczywiście. W tym miejscu pragnę ustanowić prośbę o masaż. Wszystkie przedstawicielki płci pięknej, które chcą dostąpić zaszczytu i przyjemności masowania moich plecków, mogą wysyłać oferty na maila lub gadulca lub ryjoksiążkę. Tylko poważne oferty! W zamian oferuję mój mega-zaje-fajny masaż całego ciała ;) :*

niedziela, 27 września 2009

Cult of Luna [Eternal Kingdom]

Każdy z nas ma zapewne zespół, którego muzykę kocha i uwielbia, darzy miłością grzeszną i nieczystą, traktuje jako najwyższą świętość. Takim moim największym sacrum w sferze muzyki jest kapela o nazwie Cult of Luna - Szwedzi z północy kraju, grający coś co można określić jako sludge metal/post-metal (nienawidzę tego określenia), a wywodzący się jeszcze z hardcore punku.

Ostatnia ich płyta została wydana w 2008 roku, a jej tytuł jak zapewne się domyśleliście to "Eternal Kingdom". Jest to concept album, oparty na dziennikach, które członkowie zespołu znaleźli w starym szpitalu psychiatrycznym (nie pytajcie mnie co tam robili :D ), a opowiadające historię szaleńca, który zabił własną żonę, obwiniając jednocześnie o to człowieka-sowę i występujących w jego świecie ludzi-drzewa (enty?). Ach, co szalony umysł potrafi spłodzić.

Polecam tę płytę jednak nie ze względu na teksty, które moim zdaniem nie są złe, ale z powodu muzyki. Utwory nie są długie jak na poprzednich albumach, gdzie potrafiły sięgnąć nawet 15 minut, ale oscylują średnio wokół 6,5 minuty. A są nawet krótsze kawałki. Jest tu wszystko. Zarówno ciężkie, gęste i niemalże szlamowate gitarowe riffy ("Curse" czy "The Great Migration"), ściany dźwięku, które mogłyby burzyć mury (jak dwie perkusje w końcówce "Ghost Trail"), jak również spokojne, ciche niemalże klawiszowe kompozycje, które mają na celu wyciszyć i przygotować na dalsze emocje (jeden z moich ulubionych "Österbotten"). Nawet jest tu taki egzotyczny jak na metal instrument jak trąbka ("The Lure (interlude)" czy genialne "Following Betulas"). Pojawiają się nutki podobne do muzyki country ("Ugín"). Nie można więc powiedzieć, że muzyka jest monotonna, nudna i nic tylko gitary i szlam.

Wokal, jak to w większości zespołów wywodzących się ze sceny hardcore'owej, to krzyk, wrzask. Nie jest delikatny, za każdym razem podkreśla szaleństwo w tekstach, doskonale współgra ze słowami, które są wykrzikiwane. Obaj wokaliści dają z siebie naprawdę dużo, co widać szczególnie na koncertach. Ciekawe jestem, jak to robią, że potem są w stanie mówić. Nie wiem, sztuka tajemna dla mnie.

Abstrahując od mówienia o płytce, chcę nawiązać do recenzji "Somewhere Along the Highway" z bloga Q., a dokładniej zdania "Brzmienie CoL nie jest najświeższe na świecie, można im wytykać to, że brzmią jak mieszanka wczesnego Isis z późnym Neurosis, że właściwie mielą na wszystkich swoich płytach w kółko to samo, że są Szwedami i nie potrafią pić…" Owszem, początki to naśladownictwo zarówno Neurosis, jak i Isis, ale ostatnie trzy płyty taką kopią już nie są. Co więcej, różnią się dosyć istotnie. Nie trzeba mówić, że Szwedzi wydają teraz albumy w okresie dosyć odległym od planowanych dat Amerykanów. Właśnie po to, żeby uniknąć takich porównań oraz podkreślić swój własny styl, który wypracowali eksperymentując z muzyką. Pierwsze płyty jeszcze są typowo sludge'owe. Zgodzę się monotonia z nich razi. Ale od "Salvation" (2004 rok) można łatwo zaobserwować ewolucję muzyczną, muzyka nie jest taka sama przez cały czas, zmienia się. Zarówno atmosfera, głośność, nawet wokale. Każda z trzech ostatnich płyt jest inna, ale nie nudna i oryginalna.

Wracając do "Wiecznego Królestwa" muszę powiedzieć, że jest to jedna z najlepszych płyt, jakie słyszałem. Całkowicie inna klimatycznie niż "Somewhere Along the Highway" czy "Salvation", mniej osobista. Seans przy niej, to dosłownie zatopienie się w dźwiękach, wyłapywanie każdej nuty z osobna i przeżywanie muzyki. Nie powiem, bardzo przyjemna godzina, której nigdy nie uważam za zmarnowaną. W szkolnej skali daję jej 6/6.

Próbka umiejętności CoL. Jest to fragment z koncertu w londyńskiej La Scali, utwór "Ghost Trail", pochodzi z koncertowego DVD zespołu. Niestety, do żadnego utworu nie powstał teledysk. Ale generalnie powstały trzy, ale dotyczą innych płyt, więc nie wklejam ich tutaj.

Cult of Luna
Eternal Kingdom
2008

czwartek, 24 września 2009

Madziarskiego kurs języka po angielsku

Zawsze marzyłem, żeby być poliglotą. Mówić w wielu językach, bez problemu nawiązywać znajomości z innymi narodami, zarabiać więcej z tego tytułu. Zwykle mam jednak do nauki języków słomiany zapał. I nawet jeżeli spędziłem 9 lat nauki na niemiecki, to niestety nie pamiętam za dużo. Podobnie z 2 latami nauki hiszpańskiego i prawdpodobnie też się tak stanie z rosyjskim. Ale mam mocne postanowienie iść na kursy od przyszłego semestru. Wczoraj zaś zacząłem moją przygodę z najdziwniejszym narzeczem Europy, czyli węgierskim.

Nie ma potrzeby wspominać, że jest to język z rodziny ugro-fińskiej, aglutynacyjny, z 36 przypadkami (my mamy 7), 14 samogłoskami i słownictwem niepodobnym do niczego. Wystarczy powiedzieć tak: "O cholibka!". Język jest cholernie trudny. Już nawet składnia jest odwrotna i trzeba się pilnować, żeby podmiot był pierwszy. Nie mówiąc o dziwnej wymowie niektórych głosek, przy której można język połamać czy o wyrazach, które dwadzieścia kilka liter i nie wiadomo tak naprawdę, gdzie jest początek a gdzie koniec.

Ale słowa lektorki napawają mnie optymizmem - ma to być dobra zabawa. Nie oczekuję, że po 3 miesiącach nauki będę w stanie cokolwiek powiedzieć. Wystarczy, że będę wiedział jak poprawnie zamówić piwo w barze, mleko w sklepie. powiedzieć, że jestem biednym studentem z Polski i zbieram na wino czy zaoferować usługi seksualne przypadkowo napotkanym, ładnym, Węgierkom. No, dobra. Rozpędziłem sie trochę. Ale takie podstawy podstaw mają trochę ułatwić mi życie na obczyźnie. Matteo (mój współlokator) mieszka na Węgrzech od 5 lat, płynnie zaczął mówić gdzieś po 2 latach nauki. Ja tyle czasu miał nie będę, ale może kiedyś trafię na Węgry na dłuższy czas i wtedy rozwinę swoje możliwości lingwistyczno-winne.

Babka sama w sobie jest miła, z tego co mówiła, to chyba ma doświadczenie w prowadzeniu kursów językowych. Grupka nie jest wielka, nie liczyłem wszystkich, ale chyba koło 20 osób, z czego najliczniejsza nacja (o dziwo) to Polacy - jest nas 6 albo 5. Poza tym Czeszki, Belgijka, Niemka, Turczynka, Hiszpanie, Portugalczyk, E-stonka [;)], Litwinka, Izraelczyk. Taki ciekawy przekrój :) Pora nie jest za specjalna, bo środa o 18.15, ale da się przeżyć. Mam tylko 3 dni zajęć, więc nie mam co narzekać, a wręcz przeciwnie. Powinienem się cieszyć długimi weekendami (które są dłuuuugie ;D).

Newsy z życia bombla (bombel pisze się z małej litery, zawsze!):

-> Byłem wczoraj u lekarza - zdjęli mi gips, mam nosić przez 2 tygodnie taką mega wielką ortezę, za którą musiałem zapłacić... Na szczęście ubezpieczenie mam, więc prawdopodobnie mi zwrócą (albo i nie, dick knows).

-> Mam pierwszych gości z Polski - tu z miejsca pozdrowienia dla K. i L. i podziękowania za zapas wódki polskiej i ukraińskiej ;)

-> Nie pojechałem nad Balaton. Kolano niestety nie jest na tyle sprawne, poza tym nie mógłbym korzystać z dobrodziejstw wody i takich tam. Trudno się mówi, może kiedyś (taaaaaa).

To by było na tyle. W PestiEsti wyczytałem, że w październiku ma być coś w stylu Palinka Fesztival. Muszę dokładnie to jeszcze z Madziarką jakąś zweryfikować. Poza tym dziś jest GuinessFestival, z browarem po 300Ft w niektórych brytyjskich pubach. Chętnych zapraszam!

poniedziałek, 21 września 2009

Fast food po madziarsku

Węgry jako kraj są w pełni ucywilizowane. Mają szerokopasmowy internet, metra więcej niż w Polsce, 54-metrowe tramwaje, dziwny język. Czasem tylko czuje się, jakby w 2001 roku, ale to subiektywne odczucie, na inną rozkminę przeznaczone. No i oczywiście są tu restauracje z szybkim żarciem, które niektórzy nazywają czasem śmieciowym żarciem (którym w sumie jest).

Mając początkowe problemy z komunikacją w tutejszym narzeczu, najczęściej stołowałem się w takich przybytkach, gdyż jedzenie jest podawane szybko i mniej więcej wiem czego się spodziewać. Moje przygody fast food-owe zacząłem od Burger Kinga. Restauracji tej sieci w Budapeszcie jest mnóstwo. Bez porównania do ledwie 4 w Warszawie. Jedzenie niczym się nie różni, tak samo grillowana wołowina, dobra bułeczka, świeże warzywa i prawdziwa cebulka. Oto tu na zdjęciu podwójny whopper z serem.


W tej chwili promowany jest przede wszystkim zestaw Ernő Menü. W wielkim skrócie: cheeseburger, małe frytki, mały napój. Za 400Ft. Nic wielkiego. Nie wiem co tam teraz w Polsce jest, ale jak wyjeżdżałem, to były kanapki Gringo i Gaucho, coś nowego. Mają tu coś takiego jak Western Whopper. Od normalnego różni się jeszcze plasterkiem bekonu. Ale dobra. To, co mnie najbardziej zszokowało (oprócz jednej rzeczy, o której na końcu), to brak genialnego BigKinga XXL!!! Niewybaczalne!!!

Dla odmiany zdarzało mi się zawitać do konkurencyjnego McDonald's i spróbować kilku "potraw". Najlepszy jest podwójny McRoyal, ale i tak nie dorasta w niczym do pięt Whopperowi. Bo jest smażony (uuu!). Kurczaki McNuggets smakują dziwnie i nie polecam. Reszta standardowa. BigMac, coś a la WieśMac, Filet-O-Fish, McChicken. Nic nowego, nic co mogłoby mnie przyciągnąć na stałe. W tej chwili jest promocja na szklanki Coca Coli w kształcie puszek, przy zakupie powiększonego zestawu. Gdzieś już to widziałem... W jednej z restauracji McDonald's (a dokładniej przy Astorii, jesliby ktoś pytał) jest WIELKA DOLEWKA! W Macu! Normalnie szok! Troche mniejszy niż brak BigKing-a XXL, ale zawsze.

Przy Moszkva tér znajduje się również KFC, do którego wstąpiłem wracając koło północy skądśtam (nie pamiętam nawet skąd). Właśnie KFC jest czynne aż do 24. Zaliczam tu duży plus. Kolejny duży plus ma to KFC za najlepszego Zingera, jakiego w życiu jadłem. Naprawdę był pyszny - lekko pikantny, kurczak kruchutki. Kolejny plus za anglojęzyczną obsługę. Oczywiście jak KFC, to i wielka dolewka (standard). Co ciekawe jednym z napojów do wyboru było coś takiego jak Canada Dry. Czyli z tego co wyczytałem to piwo imbirowe :) Pierwszy raz w życiu coś takiego spożywałem i nawet smakowało.


Standardowym szybkim żarciem po imprezach (lub w trakcie) w Polsce jest kebab. Turków w BUD nie ma aż tylu co u nas, więc i liczba kebabiarni nie jest powalająca. Ale przy magicznym Moszkva tér jest wszystko, więc i Turka znalazłem. Niejednego. Coś co my nazywamy kebabem tutaj sprzedają pod nazwą gyros. Ale z grubsza jest to to samo. Smakowo mnie nie zachwyciło i jak tylko pojawię się w 100licy, to od razu do Sahary się udam. Ceny niestety nie jestem w stanie podać, bo za każdym razem, jak kupowałem to byłem pijany. Ale w bułce nie ma, od razu mówię.


Węgrzy mają także swój tradycyjny fast food, coś o nazwie lángos (to właśnie to coś nad tym akapitem). Danie to placek z mąki wielkości cebularza, tylko trochę grubszy, posypany serem, cebulą i polany sosem czosnkowym. Miałem się na degustację udać w sobotę, ale jakoś tak wyszło, że sobie kolano skręciłem i chwilowo jestem udupiony i uziemiony, przez co pisząc tę notkę obśliniłem klawiaturę i biurko. Ale obiecuję, że jak tylko stanę na obie nogi, to zamieszczę relację na żywo ze spożywania lángosa ;)

A bym był zapomniał. Największy szok. Największa masakra niemalże związana z Macie i BurgerKingiem. W 90% lokali nie mają terminali do płacenia kartą! ARRGGHHHH! Dlatego m.in. czuję się jak w 2001 roku...

Tym tekstem chcę też przekazać message ode mnie: gotujcie zdrowe żarcie w domu! Tako rzecze bombel i wie co mówi, bo sam zajebiście gotuje. Przede wszystkim dla siebie i przedstawicielek płci pięknej [traktujcie to jako zaproszenie ;)].

niedziela, 20 września 2009

Służba zdrowia na Węgrzech

Dzisiaj poruszę temat, którego nie chciałem nigdy poruszać. Temat służby zdrowia. Jak zapewne niektórzy wiedzą moje lewe kolano składa się ze smarków i wody, tak jest zmasakrowane. No i w dniu wczorajszym po raz kolejny odezwało się. Znaczy skręciło się. Kurwa, że tak powiem.

Prawo natury jest takie, że jak coś się z nogą dzieje, trzeba ją zbadać. Z moją nieznajomością węgierskiego wyjście do szpitala byłoby naprawdę trudne, wręcz karkołomne. Na szczęście Dóra bardzo mi pomogła i służyła mi za tłumacza, za co jestem ogromnie wdzięczny. Na początek udaliśmy się do szpitala, który jest niemalże po sąsiedzku - Szent János Kórház. Budynek w którym mieści się ostry dyżur zarówno od zewnątrz, jak i od środka, przypominał mi główną część szpitala w Żyrardowie. Stary, wystrój a la późny Gomułka. Generalnie smutek. Ale ściany nie leczą, lecz lekarze, więc trzeba było poczekać na swoją kolej. Po jakiejś godzinie wreszcie przyszła moja kolej. Był to jednak pierwszy etap, czyli rejestracja i skierowanie na RTG. Nie przez lekarza. Okej, jak trza to trzeba. W sumie to samo jest w Polsce. Po zrobieniu zdjęcia jednak nie wchodzisz do doktora bez kolejki, tylko czekasz aż wyczytają. Na szczęście to trwało jakieś 30 minut, więc był czas, żeby się herbatki napić. Potem badanie, wreszcie. Co ciekawe lekarz mówił po angielsku! Pobadał, mówił co robi (w PL tego nie praktykują). Wypisał receptę na zastrzyki podskórne (yeah! znowu będę jak ćpun!) i kazał założyć gips (GRRR). Całe szczęście, że tylko do środy, bo bym się wściekł. Tym bardziej, że unieruchomili mi stopę, co powoduje pewne komplikacje w chodzeniu. W sumie nie powienienem w ogóle chodzić, no ale bez przesady. Na zajęcia i tak się nie będę wybierał. Łot ewa. Na szczęście wyrok doktorka nie jest poważny. Skręcenie kolana bez uszkodzeń wewnątrz stawu. Jeżeli ból nie ustąpi do czasu kontroli zrobią mi USG i nawet MRI (!), żeby sprawdzić czy z łąkotką nic się nie dzieje. Ale szczerze powiedziawszy, jak kiedyś miałem naderwane więzadło, to lepiej żeby nie robili nic, bo jeszcze operacji im się zachce jakiejś...

Oczywiście za pomoc nic nie płacę, bo jestem radosnym posiadaczem EKUZ-u. Dodatkowo wykupiłem sobie ubezpieczenie w ramach ISIC, więc nawet jakieś odszkodowanie mi się trafi pewnie. Będę musiał to zgłosić.

Chcę jeszcze raz podziękować Dórze, naprawdę bardzo mi pomogła. Co prawda nie będzie tego czytać, ale co tam.

PS: Nie śmiać się, że jestem inwalidą. Tylko ja sam siebie mogę tak nazywać :)

czwartek, 17 września 2009

bombel i węgierski

Słuchając utworów, jakie leciały w trakcie audycji Grabaża w RoxxxyFm (czy jak to się tam zwało), prowadzę również rozmowy. Fragmencik jednej z nich dotyczył moich kontaktów z językiem węgierskim. Upublicznię treść, gdyż myślę, że może się na przyszłość przydać osobnikom pragnącym odwiedzić to zacne miasto:

bombel: swoja droga już jestem w stanie zamówić podwójnego whoppera bezbłędnie i bez stresu ;]
bombel: w madziarskim oczywiście
Q.: hehe:]
Q.: w sensie wiesz, kiedy pytają o zestaw powiększony?:D
bombel: stary
bombel: mowie tak: "jó napot, dupla whopper menü kérem"
bombel: potem idzie ble ble ble
bombel: a ja na to: "cola"
bombel: potem idzie ble ble ble
bombel: a ja na to: "nem" (bo chcą mi keczup do frytek wcisnąć, a ja nie chce go bo trzeba płacić dodatkowo)
bombel: potem idzie ble ble ble
bombel: a ja pokazuje ręcami na podłogę, w sensie że jem tu
bombel: potem ja: "köszönöm" i jestem zajebisty

I koniec cytatu. Oczywiście zamiast zestawu z podwójny whopperem można co innego wstawić. Ale żołądek bombla, który nie ma dna nie zaakceptuje nic mniejszego, wiec taki zarzuciłem przykład. I gotujcie jakieś 1200Ft do zapłacenia.

SOAD a skrzypce

Powiedzcie mi, że to nie jest fake. Proszę!

Deszczowy spacer

Jako, że od czwartku do niedzieli mam weekendy, postanowiłem dzisiaj odpocząć w sposób aktywny. Zdecydowałem się udać na spacer do parku. Jedyny szkopuł stanowi pogoda, która to jest deszczowa, wietrzna i nieprzyjemna. Ale taką bardzo lubię i kocham łazić podczas ulew, więc mi nie przeszkadzało.

Na początku przeszedłem się przez mój poddomowy park Városmajor. W deszczu jeszcze go nie widziałem, dlatego się podzielę tym widokiem. Przy okazji zamieniłem słówko z Beethovenem (akurat Mozart poszedł na spacer).





Najpierw poszedłem do biblioteki w Instytucie Polskim, żeby książki wymienić (co było nawet po drodze), a następnie udałem się prawie na sam koniec żółtej linii metras, czyli do parku Városliget. Jest naprawdę duży, jest tu naprawdę duże jeziorko, które niestety w większości jest odcięte od wody - czyli widać betonowe dno.









Ciekaw jestem co było w tym domku. Antenę satelitarną miało, porośnięte bluszczem ściany miało, może jakaś śpiąca królewna albo inna dziewica czekała na księcia? :D Dziwiło mnie też parujące jeziorko, ale pewnie po prostu woda była ciepła i tyle. Przy Hősök tere ujrzałem cud polskiej myśli technicznej. Drugi raz już w BUD, ale tym razem zdążyłem wyjąć aparat i złapać tył polskiego fiata 126p (to to pomarańczowe coś).



Potem już tylko spacer Andrássy út, czyli taką fajną aleją w stylu Pól Elizejskich (ale o tym już mówiłem), oczywiście w mniejszej skali.



Doszedłem aż do Oktogon i stamtąd pojechałem do CH Mammut. Gdybym miał je porównać do jednego z centrów warszawskich, byłoby to najpewniej CH Wileńska - też dużo pięter, lekka ciasnota, ale klimat miły. No i Sphinxa tam dojrzałem.

Chciałem dziś iść do kina na "Bękarty wojny", tym bardziej, że bilety do końca weekendu są tylko po 500Ft, ale stojąc w kolejce się rozmyśliłem. Nawet nie wiem czemu. Może dlatego, że sam byłem? Nie lubię samemu do kina chodzić. To kto chce iść ze mną w weekend do kina? Ja stawiam ;)

wtorek, 15 września 2009

Zapisy na lektorat

Jak już wspominałem kiedyś, rejestracja na zajęcia na ELTE odbywa się OSOBIŚCIE. Efektem tego na lektorat języka węgierskiego także trzeba było się stawić OSOBIŚCIE. I pomyśleć, że na UW już 4 lata temu na języki sami się zapisywaliśmy? Heh...

Jako, że chcę być w stanie w ludzki sposób zamówić podwójnego Whoopera w Burger Kingu, postanowiłem, że zapiszę się na kurs dla początkujących. Takich jak ja okazało się być kilkadziesiąt, więc kursy na pewno będą. Oczywiście wszystko się opóźniło, co po dzisiejszym dniu już mnie lekko poddenerwowało, ale jeszcze nie wkurzyło. Czekaliśmy, czekaliśmy, aż się w końcu doczekaliśmy.

Weszli.

Na początek tyrada nauczycielek (i nauczyciela jednego, ale dla ułatwienia zaokrąglę do samych pań), które wyglądały na studentki 4. roku i ONA. Szefowa. Szkoda, że nie miałem telefonu ze sobą, tak to bym ją na dyktafon nagrał. Ale co zrobić? Życie. Po kilku próbach udało się jej uciszyć rozwrzeszczany tłum i wtedy się zaczęło. Sposób wypowiadania się tej kobiety po prostu mnie zabił, dostałem takiej głupawki jak nigdy. No dobra, jak od miesiąca nie miałem. "Łi łil czek, hał mani stjuudents ar in dis grup" połączona z zaciąganiem włosko-suwalskim. Dokonano selekcji - na początek wypieprzyła wszystkich germańskojęzycznych po trzytygodniowym kursie. Oczywiście niedosłownie. Potem resztę germańskojęzycznych. Potem anglojęzycznych po trzytygodniowym kursie. I wtedy zostaliśmy my. MY! "Kompliiiit begiiinerrrs!" z sarkastycznym uśmiechem. Na tablicy wszystkie studentki, znaczy nauczycielki, napisały godziny, w których mają czas na dawanie (lekcji). Z B. planowaliśmy zapis do najładniejszej, ale potem stwierdziłem, że jak najładniejsza to najmniej umie i zapisałem się do średniej. Okazało się, że najlepiej po ang mówi, więc chyba źle nie trafiłem. Zapisy do grup też były śmieszne. Na zasadzie aukcji. Na początek suwalska Włoszka rzucała na pożarcie pierwszego nauczyciela, potem się ludzie zgłaszali, potem mówiliśmy, że nie w pon tylko w śr, potem myślenie nauczycielki, czy się zgodzi, jak się zgodzi, to znowu pytanie kto chętny. A potem wypierdalać. Znaczy wyjść na korytarz, żeby wpisać się na listę. Nie wiem co było dalej, bo wybrałem pierwszą z brzegu grupę - dłużej bym po prostu nie wytrzymał ze śmiechu. W grupie parę znajomych twarzy z zajęć, więc będzie okazja się zapoznać. Pora tylko niespecjalna, bo środa od 18.15 do 20. Ale z drugiej strony, dzięki temu mam tylko trzy dni zajęć, z czego jeden tak naprawdę od 10 do 20 zawalony, reszta zaś luźna. No, zobaczymy jak ten madziarski będzie mi szedł.

Z wiadomości z życia bombla:

-> Zajączek mi odpowiedział i zaakceptował listę przedmiotów. Niestety pierdolony USOS nie pozwala mi na żadną modyfikację systemu. Kurwa jego niedojebana mać, za przeproszeniem.

-> Znalazłem wino za 349Ft. Portugalskie. Do calimocho doskonałe.

-> Wycieczka z Panką i jej ziomkami nad Balaton nie wypaliła ;( ale co złe, to sie nie odwlecze (czy coś w tym stylu). Zapisałem się wczoraj na obóz koncentracyjny dla Erasmusów nad Balaton właśnie. Będzie trwał 4 dni i jak się nie utopię, to coś tu ujawnię. Albo i nie ;)

-> Miałem dziś pierwsze koło, z konwencji wiedeńskiej o prawie traktatów, ale chyba je zaliczę. W końcu Kosiarz - Władca Umysłów kazał na drugim roku niemalże się jej na pamięć nauczyć. Choć dopiero wczoraj ją po raz pierwszy na oczy widziałem :)

-> Nie wypiłem jeszcze win, co je kupiłem na festiwalu!

No to pozdro szejset wolt!

niedziela, 13 września 2009

Polska Mistrzem!


Co prawda nie mistrzem Europy w piłce nożnej, ale w siatkówce. Nie deprocjonuję sukcesu naszych. Co więcej jestem bardzo dumny, szczególnie tu na obczyźnie, kiedy mówie Matteo albo Annie-Lindzie: "We are the European champions!".

Nie oglądałem nigdy meczów siatki. Uważałem, że jakaś klątwa nade mną wisi - co oglądałem jakąś reprezentacyjną potyczkę, czy to z Serbią, Rosją czy Włochami, to zawsze przegrywaliśmy ten mecz. Wczoraj zebrałem się w sobie i obejrzałem końcówkę trzeciego seta z Bułgarią. I wygraliśmy. Dziś oglądałem całość. I teraz stoję i słucham Mazurka Dąbrowskiego i wychodzę z siebie. Taki jestem dumny! Wiem, powtarzam się, ale wiecie o co chodzi :) Swoją drogą ile stresu przeżyłem oglądając pierwszy i ostatni set...

Jest to pierwsze nasze złoto na ME w siatkę, wcześniej chyba z 5 razy w finale walczyliśmy z ZSRR i cały czas mieliśmy srebro. Nie jest to też największy nasz sukces na arenie międzynarodowej - wcześniej byliśmy już mistrzami świata i olimpijskimi. Ale to było dawno. Teraz potrzeba takiego sukcesu. Uważam, że piłka nożna jednak się chowa w porównaniu do innych gier zespołowych - siatkówki (Złotka! finał MŚ), piłki ręcznej (2 i 3 miejsce na MŚ) czy nawet koszykówki (o czym świadczy tegoroczny EuroBasket). I dobrze. Taka popularyzacja jakiegokolwiek sportu jest potrzebna. Młodzież nic nie uprawia, a tak poczuję chęć gry. Gry w coś, cokolwiek. Obojętne czy siatkę, kosza czy nogę. To się liczy.

No, ale najważniejsza jest duma narodowa i radość. Cieszmy się :)

Borfesztivál

Od Panki dostałem ostatnio cynk o odbywającym się w ten weekend Festiwalu Wina na Wzgórzu Zamkowym. Nie mogłem przepuścić takiej okazji. Wszak lubię wino dobre, jak również dobre i tanie. Właściwie to prawie każde na swój sposób jest dobre. Nieważne.

Jak już mi się udało wstać rano o 13, to zebrałem się w sobie i udałem się na Moszkva tér w celu iżby złapać autobus nr 16 prosto na Wzgórze Zamkowe. Oczywiście zlazłem cały plac wzdłuż i wszerz i dopiero w ostatnim miejscu, w które się udałem było stanowisko tego autobusu. Ech, życie... Co mnie zaskoczyło, że te małe autobusiki, którymi się jeździ wjeżdżają sobie bez przypału na Stare Miasto i krążą i smrodzą wokół. Wyobraża sobie ktoś wpuszczenie ZTM-u na Starówkę w Wawie? Szok normalnie. Swoją drogą szukałem na górze bankomatu przez dobre 40 minut i znalazłem cały jeden. To już nawet w Wawie da się Euroneta znaleźć bez problemu.

A tu parę widoczków ze Wzgórza Zamkowego na Peszt (największy budynek to Parlament) oraz na Wyspę Małgorzaty:





Ale koniec z narzekaniem. Uzbrojony w gotówkę udałem się do bramki wejściowej, zakupiłem bilet za 2300Ft, dostałem w zamian wejściówkę oraz kieliszek do degustacji :) Na miejscu trzeba było oczywiście kupować kupony na próbowanie, które były "oficjalną walutą", ale cena ich nie była duża. Za 100Ft dostawało się kieliszek wina. A teraz przeliczcie proszę ile gatunków win spróbowałem, jeżeli zakupiłem 10 kuponów :)

Po wejściu poczułem się jak w niebie. Wszędzie stoiska z winami. Różnymi winami. Koncentracja była przede wszystkim na wytworach madziarskich winnic, ale był też spory kącik dla win hiszpańskich, portugalskich i argentyńskich. Tokaje, Egri Bikaver i inne których nazw nie pamiętam, bo nie byłem w stanie. Wina czerwone, różowe, białe. Wytrawne, półwytrawne, półsłodkie i słodkie. Wina o smaku miodu. Wszystko. Po prostu RAJ!



Najbardziej mi zapadło w pamięć wino o jakże słodkiej nazwie Tokaji Aszú 3 Puttonyos. Wino, które leżakowało przez 8 lat (oczywiście to, które próbowałem). Kolor "topazowy", ciemny bardzo żółty. Wino dosyć gęste i słodkie. Trochę to miodu pitnego podobne w smaku, ale gęstsze. Smak mnie zabił. W sensie pozytywnym oczywiście. Jedyna wada to mimo wszystko słodkość tego wina. Nie każdy lubi po wypiciu kieliszka wina, pić szklankę wody, bo inaczej gardło zaschnie. Gdyby było chociaż troszkę półsłodkie, myślę, żebym nie miał problemu z kupowaniem win, w celu iżby spić przedstawicielki płci pięknej. Chociaż w sumie i tak z tym akurat nie mam problemu :D

Powiększyłem także swoją małą piwniczkę win. Oto dumne przedstawicielki z regionów Tokaj oraz Eger:



Oprócz oczywiście chodzenia od stoiska do stoiska można było spróbować potrawy kuchni węgierskiej. Nie odważyłem się co prawda na langosza (ale kiedyś się uda, na pewno!), ale także na inne. Jakoś nie miałem ochoty ani na gulasz, ani na leczo ani na inne dziwne potrawy. Za to podwójny whooper chodził za mną od rana.

Żeby nie było cicho, to postawiono dwie sceny, na których występowali artyści. Ale nie mieli szans, żeby Pan zaszczycił ich swoimi uszami, gdyż grali cygański folk. BLEH! Ale Węgrzy to lubią, więc siedzieli i słuchali. A ja degustowałem wina.

Generalnie mogę powiedzieć, że impreza naprawdę fajna, spełnia swój cel - promocję winiarstwa węgierskiego. Widziałem naprawdę dużo obcokrajowców, w tym również Polaków. Wina były dobre, organizacja też zdała egzamin. Co mi się jeszcze podobało to to, że ludzie siedzący w stoiskach winiarskich mówili po angielski. Dobra, byli w stanie zrozumieć, czego od nich wymagałem :)

A jak wróciłem do domu, to czekała na mnie impreza w stylu grill na tarasie plus alkohol. Również palinka. Nie narzekałem na wczorajszy dzień i jednocześnie poszerzyłem swoje kulinarne horyzonty :)

piątek, 11 września 2009

O piwach węgierskich

Moje alkoholowe wychowanie zaczęło się, jak prawdopodobnie większości nastolatków, od piwa. Wiadomo, fajnie się napić z ziomkami złocistego napoju. Oczywiście na początku w ogóle mi nie smakowało, niedobrze mi się od piwa robiło i ceniłem tylko tanie wina lub ewentualnie wódkę. Ale z czasem mi się zmieniło, potem jeszcze na studia poszedłem, do Wawy się przeprowadziłem. No i w końcu wyrobiłem sobie własne preferencje smakowe.

Ale nie o nich traktuje dzisiejszy wpis, a raczej chciałbym Wam przedstawić kilka rodzajów piwa, którą sa na Węgrzech popularne.


Najsłynniejszym gatunkiem tutejszym jest Soproni. Piwo o mocy 4,5%, tak więc nie jest za mocne. Rzekłbym standard. Jak w smaku? Pierwszy raz jak piłem, pomyślałem "Sikacz". Ale kolejne butelki sprawiły, że zmieniłem nieco mój osąd. Nie jest to moje ulubione piwo i nigdy się takim nie stanie, ale jednak coś w sobie ma na tyle, że można wypić kilka i jest się zadowolonym. Porównałbym troszkę do takich mainstreamowych polskich browarów - Żywiec albo Tyskie. Do tego drugiego nawet bardziej. Generalnie w skali od 0 do 10 dałbym 6.



W uroczym pubie Szimpla z węgierskich piw spróbowałem jeszcze browara o nazwie Dreher. Popularne wśród młodych Węgrów z tego co zauważyłem, ale chyba głównie z powodu ceny. Bo na pewno nie smaku. Drehera postawiłbym na półce obok Warki albo Lecha. Czytaj: nie tykać. Nie jest to sikacz, ale nie smakuje mi w ogóle, tak jak wymienione polskie piwa. Nie radzę kupować. Ocena 3/10.



Śmiesznym paradoksem jest to, że w centrum Węgier bardzo popularne jest piwo słowackie, a konkretnie znany chyba wszystkich piwoszom (i zapewne bardzo lubiany) Zlatý Bažant. Co tu dużo mówić. Zawsze w knajpach go zamawiam, choć jest nieco droższy niż tutejsze, ale za to podają go często w butelkach. Z nalewaka jest niemalże wszędzie :) Ocena 8/10.



Warty picia jest czeski Staropramen. Też chyba nie muszę przedstawiać nikomu tego napitku. Lekka goryczka sprawia, że wolę go bardziej niż Pilsnera Urquella (którego też łatwo znaleźć), który zostawia w mordzie uczucie starego kapcia. Co ciekawe po raz pierwszy spotkałem się tutaj z ciemnym Staropramenem. Lubię ciemne piwa, ale bardziej w rodzaju Żywiec Porter (gorzkie, bardzo mocne, z lekką kawową nutką). Ocena - 7/10.

Dowiedziałem się, że jest kilka knajpek z piwem belgijskim, więc muszę się wywiedzieć co i jak i poszerzyć swoje piwne horyzonty.

Podsumowując piwo węgierskie nie jest zbyt dobre. Nie stanowi żadnej konkurencji nie tylko dla piw czeskich i słowacki, ale i polskich (Perła roxx!). Ale na bezrybiu i rak ryba, więc taki Soproni jest dobry. A na pewno procenty w nim zawarte sprawią, że kobiety będą pijane i chętne, więc nie ma co narzekać ;)

czwartek, 10 września 2009

Pierwszy tydzień z głowy

Uff! Nareszcie. Tydzień pracy wydłużył mi się o jeden dzień roboczy. Co prawda nie przemęczył mnie ani trochę, ale obowiązek pobudki przed godziną 16 skutecznie mnie zdemotywował. Ale ad rem. Chciałem przekazać swoje wrażenia z pierwszego tygodnia nauki na Eötvös Loránd Tudományegyetem.

Wszystko zaczęło się w poniedziałek. Tego dnia odbywała się rejestracja na wykłady organizowane dla studentów z Hameryki. Już o tym pisałem, więc nie będę się powtarzał. Trudności z uzyskaniem akceptacji na uczęszczanie na zajęcia spowodowały potrzebę poszukiwania innych, bardziej alternatywnych sposobów na uzyskanie punktów ECTS. Sorry Zajączek, ale stawiam Cię przed faktem dokonanym. Troszkę pozmieniałem w planie zajęć, dzięki czemu spędzę stosunkowo mało czasu na uczelni. Mianowicie trzy dni. To i tak zbyt dużo, gdyż ponieważ normalnie miałbym jeden dzień w tygodniu zawalony plus do tego jakies pojedyncze wykłady. Łot ewa. Oto przedstawiam mój autorski program studiowania stosunków (międzynarodowych) na ELTE doświadczonym studentom stosunków (międzynarodowych).

Pierwszy przedmiot jaki mi się trafił to "Budapest, Vienna, Prague: Urban Society and Culture from the Late 19th Century to the Present". Generalnie zajęcia nie są złe. Powiem więcej. Mnie, jako studenta gospodarki przestrzennej bardzo interesują. Poruszają różne aspekty związne z urbanistyką. Moje zboczenia są zaspokojone :) Poza tym wczoraj mieliśmy lekcję w terenie i fajniej było połazić po Peszcie niż siedzieć w auli i słuchać wykładu. Jedyny problem to Amerykanie, ale o nich za chwilę. Do tego można powiedzieć, że dostanę 6 punktów ECTS za napisanie trzech prac: jednej na 5 stron, drugiej na 10, a trzeciej dodatkowo. Luuuuz.

Drugie zajęcia, na które uczęszczam to "The Individual and the State in International, European and national Law". Czyli jedna wielka powtórka z prawa międzynarodowego publicznego. Dziś się załamałem na wykładzie. Na pytanie prowadzącego, czy słyszeliście o Kosowie (sic!) [nie, wcale kurwa, w ogóle kurwa o tym pracy magisterskiej nie piszę], jedna Hamburgerka się zgłosiła i powiedziała: "Ja słyszałam o Kosowie, tam byli Albańczycy, których Serbowie nie lubili, i potem była wojna i potem Serbowie uciekli" (koniec cytatu). Poczułem się jak debil w szpitalu psychiatrycznym. Sorry, w szpitalach psychiatrycznych trafiają się ludzie uzdolnieni. Problem z tym wykładem (a może to nie będzie problem?) jest taki, że będą dwa kolokwia i praca do napisania. Ta praca to tylko po to, żeby mieć 6 ECTS-ów. Chociaż przy takim poziomie to z palcem w dupie powinienem uzyskać.

Kolejny przedmiot to: "Reading Seminar in International and European Law". Czytaj: poraz dziesiąty na tych studiach będziesz "czytał" Kartę NZ i będziesz fajny. Najgorsze jest to, że ma być wejściówka z tego co się miało przeczytać, ale jakoś się to przeżyje. Przetrwałem Kosiarza i Gardoca. Nic gorszego już mnie nie spotka. A w nagrodę dostanę 5 punktów.

I ostatnie zajęcia, "History of Sociology I.", to jak nazwa wskazuje, historia socjologii. Nic gorszego już mnie spotkać nie mogło. No dobra, statystyka mogła być gorsza. Ale chyba nie będzie źle. Chodzić na zajęcia i coś jeszcze, tylko nie pamiętam co zrobić i trzy punkty do kieszeni wpadną.

Razem daje to 20 ECTS-ów, które sprawią, że 9. semestr studiów zaliczę dobrze się bawiąc, a nie chodząc na Pronińską czy Jędrzejowską ;)

We wtorek idę jeszcze na spotkanie w sprawie lektoratu języka węgierskiego. Fajnie będzie się nauczyć, jak zamówić piwo w knajpie, albo jak poprosić o udziec indyczy w sklepie mięsnym. Ale to dopiero pieśń przyszłości.

Bawiąc się słowami słuchałem:
MGMT [Oracular Spectacular]

Lengyel Intézet

Jadąc sobie z pięknego grodu Warschau do jeszcze piękniejszego grodu Budapest nie byłem sam. Jako, że jechałem w wagonie z miejscami do leżenia, miejsc w przedziale było 6. Jednym, a właściwie jedną ze współpasażerek była Maria, która w trakcie rozmowy powiedziała, że mieszka w BUD i pracuje w Instytucie Polskim i że jest tam też biblioteka.

Instytut Polski. Hmm. Zaraz, coś takiego było na którychś zajęciach o promocji Polski w świecie albo o organizacji służby zagranicznej. Cholera, pamięć ludzka krótka. Nieważne. Według cioci Wiki jest to placówka (cholera napisałem najpierw palcówka :D) podległa MSZ-owi, której celem jest promocja Najjaśniejszej RP. Nie są to wielkie instytucje, ledwie kilka osób. Mamy takich kilka w świecie - Paryż, Londyn, NY, Moskwa, a także u naszych sąsiadów.

Na hasło biblioteka od razu dokonała się wizualizacja książki. Od dawna nic przeczytałem (kajam się i biję się w piersi!), więc postanowiłem to nadrobić, tym bardziej, że ileż można patrzyć się za okno w tramwaju, albo gapić na twarze ludzi w metrze?

Udałem się tam więc w towarzystwie A. jeszcze w zeszłym tygodniu. Na początek lokalizacja. Powiem wam, że chyba lepszego i bardziej ekskluzywnego miejsca nie mogli znaleźć. Mówię to bez cienia ironii. Siedziba mieści się na rogu Nagymező utca i Andrássy út, która to jest główną aleją spacerową Pesztu. Twórcy jej wzorowali się na paryskich Polach Elizejskich. Co więcej pod tą aleją znajduję Kolejka Milenijna, czyli pierwsza linia metra. Trochę na wyrost na określenie tramwajów jeżdżących 2,5 metra pod ziemią, ale ma swój urok i spełnia swoje zadanie. Tuż obok ma siedzibę Opera, drogie kawiarnie, drogie sklepy i butiki (m. in. Louis Vuitton) i generalnie lans, bałns i obierki.

Panie na uprzejme "Dzień dobry" zawsze się uśmiechają, są miłe i aż się chce przychodzić. Ale jak byliśmy to biblioteka była zamknięta. Drugi raz poszedłem wczoraj, ale była jeszcze zamknięta, więc dopiero za trzecim razem mi się udało dobić do księgozbioru. Nie jest jakiś przesadnie wielki, ale jest to placówka (czemu znów palcówka napisałem?) MSZ-u, to nie ma co się spodziewać wielkich nakładów finansowych. Łot ewa. Oprócz klasyków klasyki literatury polskiej, są też dzieła bardziej współczesne (jak choćby Tokarczuk czy Pilch), a nawet polska fantastyka (dojrzałem m. in. Pilipiuka i kilka antologii opowiadań). Generalnie nie jest źle. Dodatkowo widziałem parę polskich książek na węgierski przetłumaczonych.

No, ale Instytut Polski to nie tylko biblioteka. Organizują na przykład takie imprezy jak Polski Wrzesień czy koncerty. Dziś na przykład ma grać w BUD Leszek Możdżer. Kto lubi jazz mógłby się poczuć naprawdę spełniony. Ten rodzaj jest tu naprawdę promowany przez Polaków. Z tego co się dowiedziałem to od października wszystko się rozkręci, więc może raz na jakiś czas skorzystam z oferty IP i się trochę odchamię i ukulturalnię.

A tymczasem wracam do Krajewskiego "Śmierci w Breslau" i zacznę się przygotowywać na zajęcia ;)

Inspirację do tworzenia tekstu dała mi:
Cult of Luna [Eternal Kingdom]