niedziela, 27 września 2009

Cult of Luna [Eternal Kingdom]

Każdy z nas ma zapewne zespół, którego muzykę kocha i uwielbia, darzy miłością grzeszną i nieczystą, traktuje jako najwyższą świętość. Takim moim największym sacrum w sferze muzyki jest kapela o nazwie Cult of Luna - Szwedzi z północy kraju, grający coś co można określić jako sludge metal/post-metal (nienawidzę tego określenia), a wywodzący się jeszcze z hardcore punku.

Ostatnia ich płyta została wydana w 2008 roku, a jej tytuł jak zapewne się domyśleliście to "Eternal Kingdom". Jest to concept album, oparty na dziennikach, które członkowie zespołu znaleźli w starym szpitalu psychiatrycznym (nie pytajcie mnie co tam robili :D ), a opowiadające historię szaleńca, który zabił własną żonę, obwiniając jednocześnie o to człowieka-sowę i występujących w jego świecie ludzi-drzewa (enty?). Ach, co szalony umysł potrafi spłodzić.

Polecam tę płytę jednak nie ze względu na teksty, które moim zdaniem nie są złe, ale z powodu muzyki. Utwory nie są długie jak na poprzednich albumach, gdzie potrafiły sięgnąć nawet 15 minut, ale oscylują średnio wokół 6,5 minuty. A są nawet krótsze kawałki. Jest tu wszystko. Zarówno ciężkie, gęste i niemalże szlamowate gitarowe riffy ("Curse" czy "The Great Migration"), ściany dźwięku, które mogłyby burzyć mury (jak dwie perkusje w końcówce "Ghost Trail"), jak również spokojne, ciche niemalże klawiszowe kompozycje, które mają na celu wyciszyć i przygotować na dalsze emocje (jeden z moich ulubionych "Österbotten"). Nawet jest tu taki egzotyczny jak na metal instrument jak trąbka ("The Lure (interlude)" czy genialne "Following Betulas"). Pojawiają się nutki podobne do muzyki country ("Ugín"). Nie można więc powiedzieć, że muzyka jest monotonna, nudna i nic tylko gitary i szlam.

Wokal, jak to w większości zespołów wywodzących się ze sceny hardcore'owej, to krzyk, wrzask. Nie jest delikatny, za każdym razem podkreśla szaleństwo w tekstach, doskonale współgra ze słowami, które są wykrzikiwane. Obaj wokaliści dają z siebie naprawdę dużo, co widać szczególnie na koncertach. Ciekawe jestem, jak to robią, że potem są w stanie mówić. Nie wiem, sztuka tajemna dla mnie.

Abstrahując od mówienia o płytce, chcę nawiązać do recenzji "Somewhere Along the Highway" z bloga Q., a dokładniej zdania "Brzmienie CoL nie jest najświeższe na świecie, można im wytykać to, że brzmią jak mieszanka wczesnego Isis z późnym Neurosis, że właściwie mielą na wszystkich swoich płytach w kółko to samo, że są Szwedami i nie potrafią pić…" Owszem, początki to naśladownictwo zarówno Neurosis, jak i Isis, ale ostatnie trzy płyty taką kopią już nie są. Co więcej, różnią się dosyć istotnie. Nie trzeba mówić, że Szwedzi wydają teraz albumy w okresie dosyć odległym od planowanych dat Amerykanów. Właśnie po to, żeby uniknąć takich porównań oraz podkreślić swój własny styl, który wypracowali eksperymentując z muzyką. Pierwsze płyty jeszcze są typowo sludge'owe. Zgodzę się monotonia z nich razi. Ale od "Salvation" (2004 rok) można łatwo zaobserwować ewolucję muzyczną, muzyka nie jest taka sama przez cały czas, zmienia się. Zarówno atmosfera, głośność, nawet wokale. Każda z trzech ostatnich płyt jest inna, ale nie nudna i oryginalna.

Wracając do "Wiecznego Królestwa" muszę powiedzieć, że jest to jedna z najlepszych płyt, jakie słyszałem. Całkowicie inna klimatycznie niż "Somewhere Along the Highway" czy "Salvation", mniej osobista. Seans przy niej, to dosłownie zatopienie się w dźwiękach, wyłapywanie każdej nuty z osobna i przeżywanie muzyki. Nie powiem, bardzo przyjemna godzina, której nigdy nie uważam za zmarnowaną. W szkolnej skali daję jej 6/6.

Próbka umiejętności CoL. Jest to fragment z koncertu w londyńskiej La Scali, utwór "Ghost Trail", pochodzi z koncertowego DVD zespołu. Niestety, do żadnego utworu nie powstał teledysk. Ale generalnie powstały trzy, ale dotyczą innych płyt, więc nie wklejam ich tutaj.

Cult of Luna
Eternal Kingdom
2008

czwartek, 24 września 2009

Madziarskiego kurs języka po angielsku

Zawsze marzyłem, żeby być poliglotą. Mówić w wielu językach, bez problemu nawiązywać znajomości z innymi narodami, zarabiać więcej z tego tytułu. Zwykle mam jednak do nauki języków słomiany zapał. I nawet jeżeli spędziłem 9 lat nauki na niemiecki, to niestety nie pamiętam za dużo. Podobnie z 2 latami nauki hiszpańskiego i prawdpodobnie też się tak stanie z rosyjskim. Ale mam mocne postanowienie iść na kursy od przyszłego semestru. Wczoraj zaś zacząłem moją przygodę z najdziwniejszym narzeczem Europy, czyli węgierskim.

Nie ma potrzeby wspominać, że jest to język z rodziny ugro-fińskiej, aglutynacyjny, z 36 przypadkami (my mamy 7), 14 samogłoskami i słownictwem niepodobnym do niczego. Wystarczy powiedzieć tak: "O cholibka!". Język jest cholernie trudny. Już nawet składnia jest odwrotna i trzeba się pilnować, żeby podmiot był pierwszy. Nie mówiąc o dziwnej wymowie niektórych głosek, przy której można język połamać czy o wyrazach, które dwadzieścia kilka liter i nie wiadomo tak naprawdę, gdzie jest początek a gdzie koniec.

Ale słowa lektorki napawają mnie optymizmem - ma to być dobra zabawa. Nie oczekuję, że po 3 miesiącach nauki będę w stanie cokolwiek powiedzieć. Wystarczy, że będę wiedział jak poprawnie zamówić piwo w barze, mleko w sklepie. powiedzieć, że jestem biednym studentem z Polski i zbieram na wino czy zaoferować usługi seksualne przypadkowo napotkanym, ładnym, Węgierkom. No, dobra. Rozpędziłem sie trochę. Ale takie podstawy podstaw mają trochę ułatwić mi życie na obczyźnie. Matteo (mój współlokator) mieszka na Węgrzech od 5 lat, płynnie zaczął mówić gdzieś po 2 latach nauki. Ja tyle czasu miał nie będę, ale może kiedyś trafię na Węgry na dłuższy czas i wtedy rozwinę swoje możliwości lingwistyczno-winne.

Babka sama w sobie jest miła, z tego co mówiła, to chyba ma doświadczenie w prowadzeniu kursów językowych. Grupka nie jest wielka, nie liczyłem wszystkich, ale chyba koło 20 osób, z czego najliczniejsza nacja (o dziwo) to Polacy - jest nas 6 albo 5. Poza tym Czeszki, Belgijka, Niemka, Turczynka, Hiszpanie, Portugalczyk, E-stonka [;)], Litwinka, Izraelczyk. Taki ciekawy przekrój :) Pora nie jest za specjalna, bo środa o 18.15, ale da się przeżyć. Mam tylko 3 dni zajęć, więc nie mam co narzekać, a wręcz przeciwnie. Powinienem się cieszyć długimi weekendami (które są dłuuuugie ;D).

Newsy z życia bombla (bombel pisze się z małej litery, zawsze!):

-> Byłem wczoraj u lekarza - zdjęli mi gips, mam nosić przez 2 tygodnie taką mega wielką ortezę, za którą musiałem zapłacić... Na szczęście ubezpieczenie mam, więc prawdopodobnie mi zwrócą (albo i nie, dick knows).

-> Mam pierwszych gości z Polski - tu z miejsca pozdrowienia dla K. i L. i podziękowania za zapas wódki polskiej i ukraińskiej ;)

-> Nie pojechałem nad Balaton. Kolano niestety nie jest na tyle sprawne, poza tym nie mógłbym korzystać z dobrodziejstw wody i takich tam. Trudno się mówi, może kiedyś (taaaaaa).

To by było na tyle. W PestiEsti wyczytałem, że w październiku ma być coś w stylu Palinka Fesztival. Muszę dokładnie to jeszcze z Madziarką jakąś zweryfikować. Poza tym dziś jest GuinessFestival, z browarem po 300Ft w niektórych brytyjskich pubach. Chętnych zapraszam!

poniedziałek, 21 września 2009

Fast food po madziarsku

Węgry jako kraj są w pełni ucywilizowane. Mają szerokopasmowy internet, metra więcej niż w Polsce, 54-metrowe tramwaje, dziwny język. Czasem tylko czuje się, jakby w 2001 roku, ale to subiektywne odczucie, na inną rozkminę przeznaczone. No i oczywiście są tu restauracje z szybkim żarciem, które niektórzy nazywają czasem śmieciowym żarciem (którym w sumie jest).

Mając początkowe problemy z komunikacją w tutejszym narzeczu, najczęściej stołowałem się w takich przybytkach, gdyż jedzenie jest podawane szybko i mniej więcej wiem czego się spodziewać. Moje przygody fast food-owe zacząłem od Burger Kinga. Restauracji tej sieci w Budapeszcie jest mnóstwo. Bez porównania do ledwie 4 w Warszawie. Jedzenie niczym się nie różni, tak samo grillowana wołowina, dobra bułeczka, świeże warzywa i prawdziwa cebulka. Oto tu na zdjęciu podwójny whopper z serem.


W tej chwili promowany jest przede wszystkim zestaw Ernő Menü. W wielkim skrócie: cheeseburger, małe frytki, mały napój. Za 400Ft. Nic wielkiego. Nie wiem co tam teraz w Polsce jest, ale jak wyjeżdżałem, to były kanapki Gringo i Gaucho, coś nowego. Mają tu coś takiego jak Western Whopper. Od normalnego różni się jeszcze plasterkiem bekonu. Ale dobra. To, co mnie najbardziej zszokowało (oprócz jednej rzeczy, o której na końcu), to brak genialnego BigKinga XXL!!! Niewybaczalne!!!

Dla odmiany zdarzało mi się zawitać do konkurencyjnego McDonald's i spróbować kilku "potraw". Najlepszy jest podwójny McRoyal, ale i tak nie dorasta w niczym do pięt Whopperowi. Bo jest smażony (uuu!). Kurczaki McNuggets smakują dziwnie i nie polecam. Reszta standardowa. BigMac, coś a la WieśMac, Filet-O-Fish, McChicken. Nic nowego, nic co mogłoby mnie przyciągnąć na stałe. W tej chwili jest promocja na szklanki Coca Coli w kształcie puszek, przy zakupie powiększonego zestawu. Gdzieś już to widziałem... W jednej z restauracji McDonald's (a dokładniej przy Astorii, jesliby ktoś pytał) jest WIELKA DOLEWKA! W Macu! Normalnie szok! Troche mniejszy niż brak BigKing-a XXL, ale zawsze.

Przy Moszkva tér znajduje się również KFC, do którego wstąpiłem wracając koło północy skądśtam (nie pamiętam nawet skąd). Właśnie KFC jest czynne aż do 24. Zaliczam tu duży plus. Kolejny duży plus ma to KFC za najlepszego Zingera, jakiego w życiu jadłem. Naprawdę był pyszny - lekko pikantny, kurczak kruchutki. Kolejny plus za anglojęzyczną obsługę. Oczywiście jak KFC, to i wielka dolewka (standard). Co ciekawe jednym z napojów do wyboru było coś takiego jak Canada Dry. Czyli z tego co wyczytałem to piwo imbirowe :) Pierwszy raz w życiu coś takiego spożywałem i nawet smakowało.


Standardowym szybkim żarciem po imprezach (lub w trakcie) w Polsce jest kebab. Turków w BUD nie ma aż tylu co u nas, więc i liczba kebabiarni nie jest powalająca. Ale przy magicznym Moszkva tér jest wszystko, więc i Turka znalazłem. Niejednego. Coś co my nazywamy kebabem tutaj sprzedają pod nazwą gyros. Ale z grubsza jest to to samo. Smakowo mnie nie zachwyciło i jak tylko pojawię się w 100licy, to od razu do Sahary się udam. Ceny niestety nie jestem w stanie podać, bo za każdym razem, jak kupowałem to byłem pijany. Ale w bułce nie ma, od razu mówię.


Węgrzy mają także swój tradycyjny fast food, coś o nazwie lángos (to właśnie to coś nad tym akapitem). Danie to placek z mąki wielkości cebularza, tylko trochę grubszy, posypany serem, cebulą i polany sosem czosnkowym. Miałem się na degustację udać w sobotę, ale jakoś tak wyszło, że sobie kolano skręciłem i chwilowo jestem udupiony i uziemiony, przez co pisząc tę notkę obśliniłem klawiaturę i biurko. Ale obiecuję, że jak tylko stanę na obie nogi, to zamieszczę relację na żywo ze spożywania lángosa ;)

A bym był zapomniał. Największy szok. Największa masakra niemalże związana z Macie i BurgerKingiem. W 90% lokali nie mają terminali do płacenia kartą! ARRGGHHHH! Dlatego m.in. czuję się jak w 2001 roku...

Tym tekstem chcę też przekazać message ode mnie: gotujcie zdrowe żarcie w domu! Tako rzecze bombel i wie co mówi, bo sam zajebiście gotuje. Przede wszystkim dla siebie i przedstawicielek płci pięknej [traktujcie to jako zaproszenie ;)].

niedziela, 20 września 2009

Służba zdrowia na Węgrzech

Dzisiaj poruszę temat, którego nie chciałem nigdy poruszać. Temat służby zdrowia. Jak zapewne niektórzy wiedzą moje lewe kolano składa się ze smarków i wody, tak jest zmasakrowane. No i w dniu wczorajszym po raz kolejny odezwało się. Znaczy skręciło się. Kurwa, że tak powiem.

Prawo natury jest takie, że jak coś się z nogą dzieje, trzeba ją zbadać. Z moją nieznajomością węgierskiego wyjście do szpitala byłoby naprawdę trudne, wręcz karkołomne. Na szczęście Dóra bardzo mi pomogła i służyła mi za tłumacza, za co jestem ogromnie wdzięczny. Na początek udaliśmy się do szpitala, który jest niemalże po sąsiedzku - Szent János Kórház. Budynek w którym mieści się ostry dyżur zarówno od zewnątrz, jak i od środka, przypominał mi główną część szpitala w Żyrardowie. Stary, wystrój a la późny Gomułka. Generalnie smutek. Ale ściany nie leczą, lecz lekarze, więc trzeba było poczekać na swoją kolej. Po jakiejś godzinie wreszcie przyszła moja kolej. Był to jednak pierwszy etap, czyli rejestracja i skierowanie na RTG. Nie przez lekarza. Okej, jak trza to trzeba. W sumie to samo jest w Polsce. Po zrobieniu zdjęcia jednak nie wchodzisz do doktora bez kolejki, tylko czekasz aż wyczytają. Na szczęście to trwało jakieś 30 minut, więc był czas, żeby się herbatki napić. Potem badanie, wreszcie. Co ciekawe lekarz mówił po angielsku! Pobadał, mówił co robi (w PL tego nie praktykują). Wypisał receptę na zastrzyki podskórne (yeah! znowu będę jak ćpun!) i kazał założyć gips (GRRR). Całe szczęście, że tylko do środy, bo bym się wściekł. Tym bardziej, że unieruchomili mi stopę, co powoduje pewne komplikacje w chodzeniu. W sumie nie powienienem w ogóle chodzić, no ale bez przesady. Na zajęcia i tak się nie będę wybierał. Łot ewa. Na szczęście wyrok doktorka nie jest poważny. Skręcenie kolana bez uszkodzeń wewnątrz stawu. Jeżeli ból nie ustąpi do czasu kontroli zrobią mi USG i nawet MRI (!), żeby sprawdzić czy z łąkotką nic się nie dzieje. Ale szczerze powiedziawszy, jak kiedyś miałem naderwane więzadło, to lepiej żeby nie robili nic, bo jeszcze operacji im się zachce jakiejś...

Oczywiście za pomoc nic nie płacę, bo jestem radosnym posiadaczem EKUZ-u. Dodatkowo wykupiłem sobie ubezpieczenie w ramach ISIC, więc nawet jakieś odszkodowanie mi się trafi pewnie. Będę musiał to zgłosić.

Chcę jeszcze raz podziękować Dórze, naprawdę bardzo mi pomogła. Co prawda nie będzie tego czytać, ale co tam.

PS: Nie śmiać się, że jestem inwalidą. Tylko ja sam siebie mogę tak nazywać :)

czwartek, 17 września 2009

bombel i węgierski

Słuchając utworów, jakie leciały w trakcie audycji Grabaża w RoxxxyFm (czy jak to się tam zwało), prowadzę również rozmowy. Fragmencik jednej z nich dotyczył moich kontaktów z językiem węgierskim. Upublicznię treść, gdyż myślę, że może się na przyszłość przydać osobnikom pragnącym odwiedzić to zacne miasto:

bombel: swoja droga już jestem w stanie zamówić podwójnego whoppera bezbłędnie i bez stresu ;]
bombel: w madziarskim oczywiście
Q.: hehe:]
Q.: w sensie wiesz, kiedy pytają o zestaw powiększony?:D
bombel: stary
bombel: mowie tak: "jó napot, dupla whopper menü kérem"
bombel: potem idzie ble ble ble
bombel: a ja na to: "cola"
bombel: potem idzie ble ble ble
bombel: a ja na to: "nem" (bo chcą mi keczup do frytek wcisnąć, a ja nie chce go bo trzeba płacić dodatkowo)
bombel: potem idzie ble ble ble
bombel: a ja pokazuje ręcami na podłogę, w sensie że jem tu
bombel: potem ja: "köszönöm" i jestem zajebisty

I koniec cytatu. Oczywiście zamiast zestawu z podwójny whopperem można co innego wstawić. Ale żołądek bombla, który nie ma dna nie zaakceptuje nic mniejszego, wiec taki zarzuciłem przykład. I gotujcie jakieś 1200Ft do zapłacenia.

SOAD a skrzypce

Powiedzcie mi, że to nie jest fake. Proszę!

Deszczowy spacer

Jako, że od czwartku do niedzieli mam weekendy, postanowiłem dzisiaj odpocząć w sposób aktywny. Zdecydowałem się udać na spacer do parku. Jedyny szkopuł stanowi pogoda, która to jest deszczowa, wietrzna i nieprzyjemna. Ale taką bardzo lubię i kocham łazić podczas ulew, więc mi nie przeszkadzało.

Na początku przeszedłem się przez mój poddomowy park Városmajor. W deszczu jeszcze go nie widziałem, dlatego się podzielę tym widokiem. Przy okazji zamieniłem słówko z Beethovenem (akurat Mozart poszedł na spacer).





Najpierw poszedłem do biblioteki w Instytucie Polskim, żeby książki wymienić (co było nawet po drodze), a następnie udałem się prawie na sam koniec żółtej linii metras, czyli do parku Városliget. Jest naprawdę duży, jest tu naprawdę duże jeziorko, które niestety w większości jest odcięte od wody - czyli widać betonowe dno.









Ciekaw jestem co było w tym domku. Antenę satelitarną miało, porośnięte bluszczem ściany miało, może jakaś śpiąca królewna albo inna dziewica czekała na księcia? :D Dziwiło mnie też parujące jeziorko, ale pewnie po prostu woda była ciepła i tyle. Przy Hősök tere ujrzałem cud polskiej myśli technicznej. Drugi raz już w BUD, ale tym razem zdążyłem wyjąć aparat i złapać tył polskiego fiata 126p (to to pomarańczowe coś).



Potem już tylko spacer Andrássy út, czyli taką fajną aleją w stylu Pól Elizejskich (ale o tym już mówiłem), oczywiście w mniejszej skali.



Doszedłem aż do Oktogon i stamtąd pojechałem do CH Mammut. Gdybym miał je porównać do jednego z centrów warszawskich, byłoby to najpewniej CH Wileńska - też dużo pięter, lekka ciasnota, ale klimat miły. No i Sphinxa tam dojrzałem.

Chciałem dziś iść do kina na "Bękarty wojny", tym bardziej, że bilety do końca weekendu są tylko po 500Ft, ale stojąc w kolejce się rozmyśliłem. Nawet nie wiem czemu. Może dlatego, że sam byłem? Nie lubię samemu do kina chodzić. To kto chce iść ze mną w weekend do kina? Ja stawiam ;)

wtorek, 15 września 2009

Zapisy na lektorat

Jak już wspominałem kiedyś, rejestracja na zajęcia na ELTE odbywa się OSOBIŚCIE. Efektem tego na lektorat języka węgierskiego także trzeba było się stawić OSOBIŚCIE. I pomyśleć, że na UW już 4 lata temu na języki sami się zapisywaliśmy? Heh...

Jako, że chcę być w stanie w ludzki sposób zamówić podwójnego Whoopera w Burger Kingu, postanowiłem, że zapiszę się na kurs dla początkujących. Takich jak ja okazało się być kilkadziesiąt, więc kursy na pewno będą. Oczywiście wszystko się opóźniło, co po dzisiejszym dniu już mnie lekko poddenerwowało, ale jeszcze nie wkurzyło. Czekaliśmy, czekaliśmy, aż się w końcu doczekaliśmy.

Weszli.

Na początek tyrada nauczycielek (i nauczyciela jednego, ale dla ułatwienia zaokrąglę do samych pań), które wyglądały na studentki 4. roku i ONA. Szefowa. Szkoda, że nie miałem telefonu ze sobą, tak to bym ją na dyktafon nagrał. Ale co zrobić? Życie. Po kilku próbach udało się jej uciszyć rozwrzeszczany tłum i wtedy się zaczęło. Sposób wypowiadania się tej kobiety po prostu mnie zabił, dostałem takiej głupawki jak nigdy. No dobra, jak od miesiąca nie miałem. "Łi łil czek, hał mani stjuudents ar in dis grup" połączona z zaciąganiem włosko-suwalskim. Dokonano selekcji - na początek wypieprzyła wszystkich germańskojęzycznych po trzytygodniowym kursie. Oczywiście niedosłownie. Potem resztę germańskojęzycznych. Potem anglojęzycznych po trzytygodniowym kursie. I wtedy zostaliśmy my. MY! "Kompliiiit begiiinerrrs!" z sarkastycznym uśmiechem. Na tablicy wszystkie studentki, znaczy nauczycielki, napisały godziny, w których mają czas na dawanie (lekcji). Z B. planowaliśmy zapis do najładniejszej, ale potem stwierdziłem, że jak najładniejsza to najmniej umie i zapisałem się do średniej. Okazało się, że najlepiej po ang mówi, więc chyba źle nie trafiłem. Zapisy do grup też były śmieszne. Na zasadzie aukcji. Na początek suwalska Włoszka rzucała na pożarcie pierwszego nauczyciela, potem się ludzie zgłaszali, potem mówiliśmy, że nie w pon tylko w śr, potem myślenie nauczycielki, czy się zgodzi, jak się zgodzi, to znowu pytanie kto chętny. A potem wypierdalać. Znaczy wyjść na korytarz, żeby wpisać się na listę. Nie wiem co było dalej, bo wybrałem pierwszą z brzegu grupę - dłużej bym po prostu nie wytrzymał ze śmiechu. W grupie parę znajomych twarzy z zajęć, więc będzie okazja się zapoznać. Pora tylko niespecjalna, bo środa od 18.15 do 20. Ale z drugiej strony, dzięki temu mam tylko trzy dni zajęć, z czego jeden tak naprawdę od 10 do 20 zawalony, reszta zaś luźna. No, zobaczymy jak ten madziarski będzie mi szedł.

Z wiadomości z życia bombla:

-> Zajączek mi odpowiedział i zaakceptował listę przedmiotów. Niestety pierdolony USOS nie pozwala mi na żadną modyfikację systemu. Kurwa jego niedojebana mać, za przeproszeniem.

-> Znalazłem wino za 349Ft. Portugalskie. Do calimocho doskonałe.

-> Wycieczka z Panką i jej ziomkami nad Balaton nie wypaliła ;( ale co złe, to sie nie odwlecze (czy coś w tym stylu). Zapisałem się wczoraj na obóz koncentracyjny dla Erasmusów nad Balaton właśnie. Będzie trwał 4 dni i jak się nie utopię, to coś tu ujawnię. Albo i nie ;)

-> Miałem dziś pierwsze koło, z konwencji wiedeńskiej o prawie traktatów, ale chyba je zaliczę. W końcu Kosiarz - Władca Umysłów kazał na drugim roku niemalże się jej na pamięć nauczyć. Choć dopiero wczoraj ją po raz pierwszy na oczy widziałem :)

-> Nie wypiłem jeszcze win, co je kupiłem na festiwalu!

No to pozdro szejset wolt!

niedziela, 13 września 2009

Polska Mistrzem!


Co prawda nie mistrzem Europy w piłce nożnej, ale w siatkówce. Nie deprocjonuję sukcesu naszych. Co więcej jestem bardzo dumny, szczególnie tu na obczyźnie, kiedy mówie Matteo albo Annie-Lindzie: "We are the European champions!".

Nie oglądałem nigdy meczów siatki. Uważałem, że jakaś klątwa nade mną wisi - co oglądałem jakąś reprezentacyjną potyczkę, czy to z Serbią, Rosją czy Włochami, to zawsze przegrywaliśmy ten mecz. Wczoraj zebrałem się w sobie i obejrzałem końcówkę trzeciego seta z Bułgarią. I wygraliśmy. Dziś oglądałem całość. I teraz stoję i słucham Mazurka Dąbrowskiego i wychodzę z siebie. Taki jestem dumny! Wiem, powtarzam się, ale wiecie o co chodzi :) Swoją drogą ile stresu przeżyłem oglądając pierwszy i ostatni set...

Jest to pierwsze nasze złoto na ME w siatkę, wcześniej chyba z 5 razy w finale walczyliśmy z ZSRR i cały czas mieliśmy srebro. Nie jest to też największy nasz sukces na arenie międzynarodowej - wcześniej byliśmy już mistrzami świata i olimpijskimi. Ale to było dawno. Teraz potrzeba takiego sukcesu. Uważam, że piłka nożna jednak się chowa w porównaniu do innych gier zespołowych - siatkówki (Złotka! finał MŚ), piłki ręcznej (2 i 3 miejsce na MŚ) czy nawet koszykówki (o czym świadczy tegoroczny EuroBasket). I dobrze. Taka popularyzacja jakiegokolwiek sportu jest potrzebna. Młodzież nic nie uprawia, a tak poczuję chęć gry. Gry w coś, cokolwiek. Obojętne czy siatkę, kosza czy nogę. To się liczy.

No, ale najważniejsza jest duma narodowa i radość. Cieszmy się :)

Borfesztivál

Od Panki dostałem ostatnio cynk o odbywającym się w ten weekend Festiwalu Wina na Wzgórzu Zamkowym. Nie mogłem przepuścić takiej okazji. Wszak lubię wino dobre, jak również dobre i tanie. Właściwie to prawie każde na swój sposób jest dobre. Nieważne.

Jak już mi się udało wstać rano o 13, to zebrałem się w sobie i udałem się na Moszkva tér w celu iżby złapać autobus nr 16 prosto na Wzgórze Zamkowe. Oczywiście zlazłem cały plac wzdłuż i wszerz i dopiero w ostatnim miejscu, w które się udałem było stanowisko tego autobusu. Ech, życie... Co mnie zaskoczyło, że te małe autobusiki, którymi się jeździ wjeżdżają sobie bez przypału na Stare Miasto i krążą i smrodzą wokół. Wyobraża sobie ktoś wpuszczenie ZTM-u na Starówkę w Wawie? Szok normalnie. Swoją drogą szukałem na górze bankomatu przez dobre 40 minut i znalazłem cały jeden. To już nawet w Wawie da się Euroneta znaleźć bez problemu.

A tu parę widoczków ze Wzgórza Zamkowego na Peszt (największy budynek to Parlament) oraz na Wyspę Małgorzaty:





Ale koniec z narzekaniem. Uzbrojony w gotówkę udałem się do bramki wejściowej, zakupiłem bilet za 2300Ft, dostałem w zamian wejściówkę oraz kieliszek do degustacji :) Na miejscu trzeba było oczywiście kupować kupony na próbowanie, które były "oficjalną walutą", ale cena ich nie była duża. Za 100Ft dostawało się kieliszek wina. A teraz przeliczcie proszę ile gatunków win spróbowałem, jeżeli zakupiłem 10 kuponów :)

Po wejściu poczułem się jak w niebie. Wszędzie stoiska z winami. Różnymi winami. Koncentracja była przede wszystkim na wytworach madziarskich winnic, ale był też spory kącik dla win hiszpańskich, portugalskich i argentyńskich. Tokaje, Egri Bikaver i inne których nazw nie pamiętam, bo nie byłem w stanie. Wina czerwone, różowe, białe. Wytrawne, półwytrawne, półsłodkie i słodkie. Wina o smaku miodu. Wszystko. Po prostu RAJ!



Najbardziej mi zapadło w pamięć wino o jakże słodkiej nazwie Tokaji Aszú 3 Puttonyos. Wino, które leżakowało przez 8 lat (oczywiście to, które próbowałem). Kolor "topazowy", ciemny bardzo żółty. Wino dosyć gęste i słodkie. Trochę to miodu pitnego podobne w smaku, ale gęstsze. Smak mnie zabił. W sensie pozytywnym oczywiście. Jedyna wada to mimo wszystko słodkość tego wina. Nie każdy lubi po wypiciu kieliszka wina, pić szklankę wody, bo inaczej gardło zaschnie. Gdyby było chociaż troszkę półsłodkie, myślę, żebym nie miał problemu z kupowaniem win, w celu iżby spić przedstawicielki płci pięknej. Chociaż w sumie i tak z tym akurat nie mam problemu :D

Powiększyłem także swoją małą piwniczkę win. Oto dumne przedstawicielki z regionów Tokaj oraz Eger:



Oprócz oczywiście chodzenia od stoiska do stoiska można było spróbować potrawy kuchni węgierskiej. Nie odważyłem się co prawda na langosza (ale kiedyś się uda, na pewno!), ale także na inne. Jakoś nie miałem ochoty ani na gulasz, ani na leczo ani na inne dziwne potrawy. Za to podwójny whooper chodził za mną od rana.

Żeby nie było cicho, to postawiono dwie sceny, na których występowali artyści. Ale nie mieli szans, żeby Pan zaszczycił ich swoimi uszami, gdyż grali cygański folk. BLEH! Ale Węgrzy to lubią, więc siedzieli i słuchali. A ja degustowałem wina.

Generalnie mogę powiedzieć, że impreza naprawdę fajna, spełnia swój cel - promocję winiarstwa węgierskiego. Widziałem naprawdę dużo obcokrajowców, w tym również Polaków. Wina były dobre, organizacja też zdała egzamin. Co mi się jeszcze podobało to to, że ludzie siedzący w stoiskach winiarskich mówili po angielski. Dobra, byli w stanie zrozumieć, czego od nich wymagałem :)

A jak wróciłem do domu, to czekała na mnie impreza w stylu grill na tarasie plus alkohol. Również palinka. Nie narzekałem na wczorajszy dzień i jednocześnie poszerzyłem swoje kulinarne horyzonty :)

piątek, 11 września 2009

O piwach węgierskich

Moje alkoholowe wychowanie zaczęło się, jak prawdopodobnie większości nastolatków, od piwa. Wiadomo, fajnie się napić z ziomkami złocistego napoju. Oczywiście na początku w ogóle mi nie smakowało, niedobrze mi się od piwa robiło i ceniłem tylko tanie wina lub ewentualnie wódkę. Ale z czasem mi się zmieniło, potem jeszcze na studia poszedłem, do Wawy się przeprowadziłem. No i w końcu wyrobiłem sobie własne preferencje smakowe.

Ale nie o nich traktuje dzisiejszy wpis, a raczej chciałbym Wam przedstawić kilka rodzajów piwa, którą sa na Węgrzech popularne.


Najsłynniejszym gatunkiem tutejszym jest Soproni. Piwo o mocy 4,5%, tak więc nie jest za mocne. Rzekłbym standard. Jak w smaku? Pierwszy raz jak piłem, pomyślałem "Sikacz". Ale kolejne butelki sprawiły, że zmieniłem nieco mój osąd. Nie jest to moje ulubione piwo i nigdy się takim nie stanie, ale jednak coś w sobie ma na tyle, że można wypić kilka i jest się zadowolonym. Porównałbym troszkę do takich mainstreamowych polskich browarów - Żywiec albo Tyskie. Do tego drugiego nawet bardziej. Generalnie w skali od 0 do 10 dałbym 6.



W uroczym pubie Szimpla z węgierskich piw spróbowałem jeszcze browara o nazwie Dreher. Popularne wśród młodych Węgrów z tego co zauważyłem, ale chyba głównie z powodu ceny. Bo na pewno nie smaku. Drehera postawiłbym na półce obok Warki albo Lecha. Czytaj: nie tykać. Nie jest to sikacz, ale nie smakuje mi w ogóle, tak jak wymienione polskie piwa. Nie radzę kupować. Ocena 3/10.



Śmiesznym paradoksem jest to, że w centrum Węgier bardzo popularne jest piwo słowackie, a konkretnie znany chyba wszystkich piwoszom (i zapewne bardzo lubiany) Zlatý Bažant. Co tu dużo mówić. Zawsze w knajpach go zamawiam, choć jest nieco droższy niż tutejsze, ale za to podają go często w butelkach. Z nalewaka jest niemalże wszędzie :) Ocena 8/10.



Warty picia jest czeski Staropramen. Też chyba nie muszę przedstawiać nikomu tego napitku. Lekka goryczka sprawia, że wolę go bardziej niż Pilsnera Urquella (którego też łatwo znaleźć), który zostawia w mordzie uczucie starego kapcia. Co ciekawe po raz pierwszy spotkałem się tutaj z ciemnym Staropramenem. Lubię ciemne piwa, ale bardziej w rodzaju Żywiec Porter (gorzkie, bardzo mocne, z lekką kawową nutką). Ocena - 7/10.

Dowiedziałem się, że jest kilka knajpek z piwem belgijskim, więc muszę się wywiedzieć co i jak i poszerzyć swoje piwne horyzonty.

Podsumowując piwo węgierskie nie jest zbyt dobre. Nie stanowi żadnej konkurencji nie tylko dla piw czeskich i słowacki, ale i polskich (Perła roxx!). Ale na bezrybiu i rak ryba, więc taki Soproni jest dobry. A na pewno procenty w nim zawarte sprawią, że kobiety będą pijane i chętne, więc nie ma co narzekać ;)

czwartek, 10 września 2009

Pierwszy tydzień z głowy

Uff! Nareszcie. Tydzień pracy wydłużył mi się o jeden dzień roboczy. Co prawda nie przemęczył mnie ani trochę, ale obowiązek pobudki przed godziną 16 skutecznie mnie zdemotywował. Ale ad rem. Chciałem przekazać swoje wrażenia z pierwszego tygodnia nauki na Eötvös Loránd Tudományegyetem.

Wszystko zaczęło się w poniedziałek. Tego dnia odbywała się rejestracja na wykłady organizowane dla studentów z Hameryki. Już o tym pisałem, więc nie będę się powtarzał. Trudności z uzyskaniem akceptacji na uczęszczanie na zajęcia spowodowały potrzebę poszukiwania innych, bardziej alternatywnych sposobów na uzyskanie punktów ECTS. Sorry Zajączek, ale stawiam Cię przed faktem dokonanym. Troszkę pozmieniałem w planie zajęć, dzięki czemu spędzę stosunkowo mało czasu na uczelni. Mianowicie trzy dni. To i tak zbyt dużo, gdyż ponieważ normalnie miałbym jeden dzień w tygodniu zawalony plus do tego jakies pojedyncze wykłady. Łot ewa. Oto przedstawiam mój autorski program studiowania stosunków (międzynarodowych) na ELTE doświadczonym studentom stosunków (międzynarodowych).

Pierwszy przedmiot jaki mi się trafił to "Budapest, Vienna, Prague: Urban Society and Culture from the Late 19th Century to the Present". Generalnie zajęcia nie są złe. Powiem więcej. Mnie, jako studenta gospodarki przestrzennej bardzo interesują. Poruszają różne aspekty związne z urbanistyką. Moje zboczenia są zaspokojone :) Poza tym wczoraj mieliśmy lekcję w terenie i fajniej było połazić po Peszcie niż siedzieć w auli i słuchać wykładu. Jedyny problem to Amerykanie, ale o nich za chwilę. Do tego można powiedzieć, że dostanę 6 punktów ECTS za napisanie trzech prac: jednej na 5 stron, drugiej na 10, a trzeciej dodatkowo. Luuuuz.

Drugie zajęcia, na które uczęszczam to "The Individual and the State in International, European and national Law". Czyli jedna wielka powtórka z prawa międzynarodowego publicznego. Dziś się załamałem na wykładzie. Na pytanie prowadzącego, czy słyszeliście o Kosowie (sic!) [nie, wcale kurwa, w ogóle kurwa o tym pracy magisterskiej nie piszę], jedna Hamburgerka się zgłosiła i powiedziała: "Ja słyszałam o Kosowie, tam byli Albańczycy, których Serbowie nie lubili, i potem była wojna i potem Serbowie uciekli" (koniec cytatu). Poczułem się jak debil w szpitalu psychiatrycznym. Sorry, w szpitalach psychiatrycznych trafiają się ludzie uzdolnieni. Problem z tym wykładem (a może to nie będzie problem?) jest taki, że będą dwa kolokwia i praca do napisania. Ta praca to tylko po to, żeby mieć 6 ECTS-ów. Chociaż przy takim poziomie to z palcem w dupie powinienem uzyskać.

Kolejny przedmiot to: "Reading Seminar in International and European Law". Czytaj: poraz dziesiąty na tych studiach będziesz "czytał" Kartę NZ i będziesz fajny. Najgorsze jest to, że ma być wejściówka z tego co się miało przeczytać, ale jakoś się to przeżyje. Przetrwałem Kosiarza i Gardoca. Nic gorszego już mnie nie spotka. A w nagrodę dostanę 5 punktów.

I ostatnie zajęcia, "History of Sociology I.", to jak nazwa wskazuje, historia socjologii. Nic gorszego już mnie spotkać nie mogło. No dobra, statystyka mogła być gorsza. Ale chyba nie będzie źle. Chodzić na zajęcia i coś jeszcze, tylko nie pamiętam co zrobić i trzy punkty do kieszeni wpadną.

Razem daje to 20 ECTS-ów, które sprawią, że 9. semestr studiów zaliczę dobrze się bawiąc, a nie chodząc na Pronińską czy Jędrzejowską ;)

We wtorek idę jeszcze na spotkanie w sprawie lektoratu języka węgierskiego. Fajnie będzie się nauczyć, jak zamówić piwo w knajpie, albo jak poprosić o udziec indyczy w sklepie mięsnym. Ale to dopiero pieśń przyszłości.

Bawiąc się słowami słuchałem:
MGMT [Oracular Spectacular]

Lengyel Intézet

Jadąc sobie z pięknego grodu Warschau do jeszcze piękniejszego grodu Budapest nie byłem sam. Jako, że jechałem w wagonie z miejscami do leżenia, miejsc w przedziale było 6. Jednym, a właściwie jedną ze współpasażerek była Maria, która w trakcie rozmowy powiedziała, że mieszka w BUD i pracuje w Instytucie Polskim i że jest tam też biblioteka.

Instytut Polski. Hmm. Zaraz, coś takiego było na którychś zajęciach o promocji Polski w świecie albo o organizacji służby zagranicznej. Cholera, pamięć ludzka krótka. Nieważne. Według cioci Wiki jest to placówka (cholera napisałem najpierw palcówka :D) podległa MSZ-owi, której celem jest promocja Najjaśniejszej RP. Nie są to wielkie instytucje, ledwie kilka osób. Mamy takich kilka w świecie - Paryż, Londyn, NY, Moskwa, a także u naszych sąsiadów.

Na hasło biblioteka od razu dokonała się wizualizacja książki. Od dawna nic przeczytałem (kajam się i biję się w piersi!), więc postanowiłem to nadrobić, tym bardziej, że ileż można patrzyć się za okno w tramwaju, albo gapić na twarze ludzi w metrze?

Udałem się tam więc w towarzystwie A. jeszcze w zeszłym tygodniu. Na początek lokalizacja. Powiem wam, że chyba lepszego i bardziej ekskluzywnego miejsca nie mogli znaleźć. Mówię to bez cienia ironii. Siedziba mieści się na rogu Nagymező utca i Andrássy út, która to jest główną aleją spacerową Pesztu. Twórcy jej wzorowali się na paryskich Polach Elizejskich. Co więcej pod tą aleją znajduję Kolejka Milenijna, czyli pierwsza linia metra. Trochę na wyrost na określenie tramwajów jeżdżących 2,5 metra pod ziemią, ale ma swój urok i spełnia swoje zadanie. Tuż obok ma siedzibę Opera, drogie kawiarnie, drogie sklepy i butiki (m. in. Louis Vuitton) i generalnie lans, bałns i obierki.

Panie na uprzejme "Dzień dobry" zawsze się uśmiechają, są miłe i aż się chce przychodzić. Ale jak byliśmy to biblioteka była zamknięta. Drugi raz poszedłem wczoraj, ale była jeszcze zamknięta, więc dopiero za trzecim razem mi się udało dobić do księgozbioru. Nie jest jakiś przesadnie wielki, ale jest to placówka (czemu znów palcówka napisałem?) MSZ-u, to nie ma co się spodziewać wielkich nakładów finansowych. Łot ewa. Oprócz klasyków klasyki literatury polskiej, są też dzieła bardziej współczesne (jak choćby Tokarczuk czy Pilch), a nawet polska fantastyka (dojrzałem m. in. Pilipiuka i kilka antologii opowiadań). Generalnie nie jest źle. Dodatkowo widziałem parę polskich książek na węgierski przetłumaczonych.

No, ale Instytut Polski to nie tylko biblioteka. Organizują na przykład takie imprezy jak Polski Wrzesień czy koncerty. Dziś na przykład ma grać w BUD Leszek Możdżer. Kto lubi jazz mógłby się poczuć naprawdę spełniony. Ten rodzaj jest tu naprawdę promowany przez Polaków. Z tego co się dowiedziałem to od października wszystko się rozkręci, więc może raz na jakiś czas skorzystam z oferty IP i się trochę odchamię i ukulturalnię.

A tymczasem wracam do Krajewskiego "Śmierci w Breslau" i zacznę się przygotowywać na zajęcia ;)

Inspirację do tworzenia tekstu dała mi:
Cult of Luna [Eternal Kingdom]

wtorek, 8 września 2009

Moja droga do szkoły

W klasach 1-3 panie na języku polskim kazały nam często pisać różne wypracowania. Jednym z nich była praca na temat "Moja droga do szkoły". Jako, że do podstawówki miałem jakieś 500m okrężną drogą nie były to dzieła pełne malowniczych opisów krajobrazu, zmian zachodzących w przyrodzie, spotkań z dzikimi zwierzętami (o bezdomnych psach raczej się nie wspomina) i takie tam pierdoły. Dziś postanowiłem poczuć się jak mój brat, który właśnie do drugiej klasy poszedł i chcę Wam przedstawić moją drogę do szkoły.

Generalnie, żeby dojechać na uczelnię muszę najpierw wyjść z domu. Już samo wyjście z domu nastraja mnie bardzo pozytywnie, gdyż widok zza drzwi mam śliczny, a drzwi są szklane, tak więc mogę się gapić na park robiąc sobie obiad. Aha, na takim minitarasie jest wyjście z domku, tak więc jest trochę po amerykańsku.



Później idę sobie Városmajor utca w stronę Moszkva tér i odbija sobie w lewo w Temes utca. Mam co prawda bliżej przystanek tramwajowy przez Szent János Kórház, ale lubię się przejść czasem przez park, popodziwiać naturę, nawdychać się świeżego powietrza, znaleźć ofiarę do brutalnego gwałtu. Uliczką tą, a właściwie alejką przebijam się przez park Városmajor, który to nota bene jest również stacją początkową kolejki zębatej, który prowadzi na Wzgórza Budapeszteńskie.



Kolejny przystanek to przystanek Nyúl utca, w którym wskakuje za każdym razem w tramwaj nr 61. Nie rozumiem tutejszej numeracji, ale może ma to jakiś głębszy sens. W każdym bądź razie miło mi się jedzie tramwajem aż do pętli przy Móricz Zsigmond körtér. Dlaczego przyjemnie? Po pierwsze widoki, nie wyjeżdżam poza Budę, więc cały czas mam po swojej lewej lub prawej jakieś duże wzgórze do podziwiania. Po wtóre te tramwaje mają ciekawy patent - okna można przesuwać na wysokości głowy, jeśli się jest w pozycji siedzącej. Fajnie się można ochłodzić na siedząco. I nic nie śmierdzi od innych ludzi :)



Później na pętli czeka mnie przesiadka do ichniego szybkiego i mega długiego tramwaju, która jest mega nudna, ale za to w kilka chwi jestem przy Petőfi híd i stamtą już tylko przejść przez kolejny park i jestem na uczelni. Wejście główne do budynku, jest brzydkie, dlatego nie uwieczniłem go na moim telefonie. W zamian pokazuje widok jaki czeka mnie zawsze, gdy wracam do domu i wsiadam do 61.



Nie wiem co zrobiłem z ustawieniami aparatu, ale wyszedł efekt zdjęcia prześwietlonego zrobionego na kliszy z lat 70. Ale podobają mi strasznie te kolorki.

A na koniec w ramach bonusu widok z mojego tarasu.



A to zdjęcie z widokiem z mojego tarasu w pełnej okazałości i przed przeróbką w Fotoszopie.


Idąc na uczelnię słuchałem:
Cult of Luna [Salvation]

poniedziałek, 7 września 2009

Rejestracja na zajęcia


Dziś miałem pierwszy dzień zajęć, już po okresie rejestracyjnym, który jednak cały czas trwa i zakończy się najpewniej w piątek.

Powiem na początek jedno. O KURWA! Jaki burdel! Myśleliście, że na UW jest źle, że wujek USOS to maszyna co niszczy psychikę ludzi i czyni z nich warzywa? Jeśli tak, to jesteście w błedzie. Nie, w wielbłądzie dosłownie. Jak wygląda rejestracja na zajęcia dla Erasmusów na ELTE? Otóż proszę Państwa w następujący sposób.

OSOBIŚCIE

Tak jak kiedyś u nas. Podobno jest tu coś w stylu Uniwersyteckiego Systemu Olewania Studentów, ale Erasmusi nie dostąpili błogosławieństwa korzystania z niego. Może i dobrze.

Generalnie mój plan zajęć oparłem na przedmiotach, które w planie zajęć oznaczone są jako CALIF, to znaczy, że są prowadzone przede wszystkim dla amerykańskich studentów z Kaliforni. Zapytałem oczywiście wcześniej tutejszej koordynatorki o możliwość uczęszczania na te zajęcia, bo lepiej się zawsze upewnić. Pamiętajcie drogie dzieci, zawsze pytajcie po kilka razy, kilku różnych ludzi! Wracając do tematu, z wiedzą o tym, że bardzo się cieszą, że zaszczycę swoją obecnością Hamerykanów złożyłem listę do zaakceptowania do Zajączka (koordynator na ISM-ie). Oczywiście teraz ta lista o dupę potłuc warta, ale o tym za chwilę. Dziś rano okazało się, że ze względu na limity miejsc, możemy wybrać sobie tylko jeden z pięciu. Pocisnęło mi się na usta staropolskie pozdrowienie skierowane do osób innych i wszelakich, ale nie wypowiedziałem go głośno, gdyż ujrzałem kilku Polaków. W każdym bądź razie (jak to się kurwa pisze? nigdy nie wiem), wybrałem przedmiot o porównaniu Budapesztu, Wiednia i Pragi (czeskiej) w kontekście urbanistyki, historii, architektury, kultury, ludności, problemów społecznych, dostępu do toalet publicznych i jakości usług oferowanych przez kobiety lekkich obyczajów. Potem była dogrywka, ponieważ na niektóre przedmioty okazało się mniej chętnych niż wynosi limit. Tu mi się udało wcisnąć na wstęp do prawa międzynarodowego, co sprawi, że z moim czteroletnim doświadczeniem będę poraz pierwszy na studiach Mózgiem Narodu.

oczywiście utrata trzech przedmiotów poczyniła kolejną trudność, jaką jest niemożność uzyskania 20 ECTS-ów. Za każdy CALIF były 4 punkty, więc jeżeli ukończyliście kurs matematyki na poziomie politechniki, to łatwo za pomocą całki nieoznaczonej wyliczycie, że mialbym 8 punktów. A skąd wziąć kolejne 12? Porozmawiam z wykładowcami - pomyślałem. A jak pomyślałem tak zrobiłem i oczywiście mój urok osobisty (w przypadku pani prowadzącej) oraz siła argumentów (w przypadku pana prowadzącego) pozwoliły na uzyskanie po 6 punktów, pod warunkiem dodatkowej rzeczy do zrobienia na zaliczenie, takiej jak esej, co nie stanowi problemu, a ja tworzę dalej to zdanie wielokrotnie złożone, bo chcę mieć przynajmniej cztery pełne linijki tekstu zajęte w notatniku, okej udało się. O czym to ja? A. Mam 12 punktów, przejrzałem listę zajęć i dorwałem jeszcze typowo dla Erasmusów rzeczy jak czytanie aktów prawa międzynarodowego (de ja vu?) oraz statystykę... Statystykę... STATYSTYKĘ! :( Ale co poradzić? Jest za 5 punktów, więc liczę, że Zajączek zaakceptuje to. Najgorsze, że lektorat madziarskiego nie daje żadnych korzyści wymiernych (oprócz umiejętności zamówienia bigmaca w narzeczu autochtonów). A szkoda, bo to byłyby najłatwiejsze 3 punkty w moim życiu. Cóż, zdobywałem łatwiejsze (Pawlak), ale chciałem, żeby fajnie zabrzmiało.

Burdel nie z tej ziemi. A wystarczyło powiadomić o tym wcześniej i nie byłoby żadnego problemu z dobraniem przedmiotów. A tak muszę czekać na emilię od doktora i modlić się, żeby zaakceptował.

Aha, żeby nie było tak miło. Co prawda mam tylko 4 przedmioty, ale te CALIF-y całe są dwa razy w tygodniu. Ergo mam 3 dni zajęć, z czego poniedziałek i środę zawalone, a wtorek raczej lajtowy.

Pisząc tę epistołę słuchałem:
Pelican [City of Echoes]

O moich kobietach.

Dostaje zniecierpliwione maile, błagalne komentarze, zdesperowane fanki dzwonią i płaczą. Dlaczemu? Bo za mało o Budapeszcie jest i moim niemoralnym życiu. Ja odpowiem najspokojniej w świecie. Spokojnie, nawet tydzień tu nie jestem. Jeszcze przyjdzie czas, już niedługo. A wtedy ustawię opcję podawania wieku, żeby nieletni nie gorszyli się treściami, a moherowi byli świadomi, że grzecznych rzeczy tu nie ma.

Ale jak już tak bardzo wszyscy mnie proszą, to proszę. Moja land-lady, zwana dalej Anną-Lindą, choć powinno się bez myślnika pisać, jest jednocześnie osobą młodą na tyle, żebyśmy razem wypili piwo albo wino i zapalili sziszę, których to sztuk posiadamy dwie, plus chore ilości tytoniu. Kolejnym moim współlokatorem jest Matteo, który to jest Kolumbijczykiem, który ma węgierskie korzenie, a przyjechał tu z Niemiec. Ach te koleje życia ludzkiego. Niestety, nie jest dealerem koki, haszu, trawki, broni (niepotrzebne skreślić). Ale za to zna miasto i służy za przewodnika po pubach i klubach. Trzecią moją współlokatorką jest Cora, z którą dzielę piętro. Nie mogę o niej za dużo powiedzieć, gdyż ponieważ nie ma jej. Pojawi się dopiero za 7 dni. Facebook na jej temat nie mówi dużo, poza tym, że jest Niemką. Może to oznaczać wszystko!

Mój pokój zajmuje górne piętro w dwupoziomowym mieszkaniu na ostatnim piętrze kamienicy w XII dzielnicy Budapesztu. Oznacza to tyle, że mieszkam w spokojnej, pagórkowatej dzielnicy, z okna mam widok na Górę Janusza, która jest duża i mam dosyć blisko na uniwersytet. Oczywiście mam cały pokój dla siebie, tak więc zapraszam na orgie i orgietki. Anna-Linda nie ma nic przeciwko. Wino jest tu tanie, tak więc możecie mi kupować. Ceny zaczynają się do 300ft (czyli na ludzkie pieniądze to będzie jakieś 4,50zł). Miejsce na podłodze jest, tak więc jeśli ktoś chce koniecznie dowiedzieć się jak to jest spać ze mną (panowie w przenośni oczywiście; panie mogą to traktować dosłownie), wystarczy mi to oznajmić, a ja poczynię specjalne przygotowania. Acha, mam tak na oko 40m2 tarasu, więc nie ma zajebistszego penthouse'a niż mój.

Ale Anna-Linda i Cora to nie jedyne moje kobiety. Są jeszcze mentorki. I tak zacznijmy od Dóry, która formalnie jest moją mentorką. Fanka futbolu z Debreczyna, osoba typu mało imprezowego, jak to sama ujęła, z facetem. Ale fajnie się gada, muszę się wreszcie ustawić z nią na zwiedzanie miasta. Z miejsca pozdrawiam Dórę i zapraszam na noc (choć oczywiście tego nie czyta i tym bardziej nie rozumie, więc mogę różne brednie tu wypisywać). Drugą mentorką, już nie moją, jest Anna, zwanka Panką. Panka to takie zdrobnienie imienia Anna. Podobno. Łot ewa. To jest typ przeciwny niż Dóra, dzięki niej poznaję miasto, podróżuję nocnymi (a właściwie to 956 - tak Q., pamiętam jak domu wracam!) i imprezuję z Madziarami i Madziarkami (tych trochę mniej, nie wiem czemu). Od jej paczki mam też zaproszenie na imprezę nad Balaton. Tak więc jeśli się tam nie utopię i telefon mi się nie rozładuje, to zrobię fotorelację.

Dziś był pierwszy dzień zajęć. O burdelu jaki panuje na uczelni napiszę kiedy indziej. Ale, że jest to bądź co bądź wydział humanistyczny, to przewaga płci pięknej klaruje się bez problemu. A że częściowo chodzę na wykład organizowany dla studentów z Kalifornii, to mam też w grupie łatwe Amerykanki. Z jedną całkowicie przypadkiem się nawet już zapoznałem. Julianna, California ma na imię, a okoliczności były obiecujące. Wiecie, taka sytuacja, co powoduje nawiązanie sympatii od pierwszego zdania, tajemnicze uśmiechy, ukradkowe spojrzenia, rumienienie się. Może rozwinę ten temat, bo widzę tutaj parę napalonych twarzyczek.

To tyle moich wytworów piśmienniczych.

A! Dla CookieMonstera wersja:
-> mój land-lord to Tamas, handluje spirytem przemycanym z Ukrainy i prowadzi skłot, w którym mieszkają sami nieudacznicy;
-> Matteo to dealer koki, który ma przejebane w Kartelu z Medellín, dlatego ukrywa się i jednocześnie zajmuje się sprowadzaniem dla mnie dziewczynek bez nóżek;
-> nie chodzę na żaden uniwersytet, tak naprawdę mnie wywalili za wygląd już pierwszego dnia, a mentorki to nie mentorki tylko kobiety innych obyczajów, które dokarmiają mnie suchym chlebem każdego poranka;
-> widok z "okna" mam na rzekę, oczywiście z poziomu rzeki, wszystko śmierdzi, jest wilgoć i grzyb.

Drogie Czytelniczki, oczywiście mam nadzieję, że ominęliście ostatni akapit :)

PS: Chciałem dziś fotoreportaż o drodze do szkoły zrobić, ale bateria mi padła w nieodpowiedniej chwili :( Obiecuję, że nadrobię to zaległość jak najszybciej.

PS2: Qlek, Anzelm mnie odwiedził! Tylko on o mnie pamięta i tęskni. Widzisz jak bardzo? :P

Wrześniowe potyczki, część pierwsza. Irlandia Północna.


Przyznam szczerze, że będąc na dobrowolnej emigracji w pięknym kraju Madziarów oczekiwałem z niecierpliwością na sobotnie spotkanie naszej reprezentacji z Irlandią Północną. Wiadomo, eliminacje do Mistrzostw Świata, zawsze jakaś porcja emocji. Jakoś czułem w kościach, że to spotkanie nie będzie widowiskiem klasy światowej, z którego akcje będą wyświetlane na filmikach na jutjubie z milionami kliknięć. Ale to zawsze mecz.

Spiąłem się i obejrzałem. Wcześniej co prawda patrzyłem na potyczkę węgiersko-szwedzką, ale wiedziałem jakoś, że Trzy Korony wygrają, więc w porę udałem się na kanał Sopcasta, żeby móc śledzić mecz.

Mam mieszane uczucia. Generalnie nasi dali dupy na całej długości. Błaszczykowski nie wykonał żadnego dryblingu, Brożek dno, Lewandowski Robert dno plus metr mułu, Krzynówek padaka. Aż mnie zęby bolały jak patrzyłem na monitor. Z drugiej strony pojawiały się pewne przebłyski. A to Obraniak dwa razy w pierwszej połowie zagroził bramce Taylora, a to Roger huknął jak z armaty, a to Smolarek strzelił na aut stojąc dwa metry od bramki (dobra, to nie był dobry przykład). Drewno Murawski, stwierdził, że grają dobry mecz. I tu się musze zgodzić z Bońkiem. Nie lubię gościa, ale powiedział mądrze. Zagrali dobrze jak na swoje umiejętności, więcej nie potrafią...

Mam dziwne wrażenie, że ten sezon będzie mega-do-dupy-i-zjebany. W europucharach już nie ma naszych przedstawicieli (Kuchenkorz i Skisła dały dupy w szczególności), w eliminacjach MŚ bardzo niespecjalnie idzie. Jezus w tym sezonie nas nie lubi. Trudno. Ale głupio, żeby Polska nie awansowała na turniej w RPA, bo potem do 2012 same towarzyskie będą nas czekać. N*U*D*A!

Nie będę się bawił w kalkulacje, ile punktów musimy jeszcze zdobyć, kto ma z kim przegrać lub zremisować. Polska ma trzy najbliższe mecze wygrać, żebym mógł się chociaż pocieszyć, że przegrali, ale po walce.

Chyba nie jestem optymistą.

05.09.2009, Chorzów
Polska 1-1 Irlandia Północna

0-1 Kyle Lafferty 38.
1-1 Aaron Hughes 80. (s)

niedziela, 6 września 2009

bombla efekt nudy

Będzie to notka z dupy. Q. męczył mnie w swoim czasie o zdjęcia różnych dziwnych rzeczy takich widok z okna czy współlokatorzy. W nagrodę za cierpliwość kilka moich zdjęć pokażę. Oczywiście przedstawiają całkowicie coś innego.

W pewnych kręgach, tak do Ciebie mówię Cookie i P.B. (który w Indiach przebywa), uznawany jestem za rasistę i homofoba. Z tym pierwszym nigdy się nie zgodzę co udowodnię pokazując, że sam przybieram różne barwy ochronne. A do gejów nic nie mam, pod warunkiem, że moja godność oraz miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, pozostaną przez nich nietknięte. A lesbijki lubię. Sam się uważam za lesbijkę. Też uwielbiam kobiety :)



Ale żeby nie było aż tak bez sensu, oto na co natrafiłem w trakcie moich wędrówek po Budapeszcie. Po pierwsze są tutaj nasze "ulubione" polskie przybytki z kawą. Sieciowe oczywiście. Czyli przesławne CoffeeHeaven. Ale zaletą jest to, że na ISIC jest zniżka. A taką mam.



Dodatkowo łażąc po supermarkecie w celach handlowych zauważyłem przy kasie tę oto słodkość. Nie omieszkałem kupić i zjeść. Co więcej Anna-Linda zapytała czy nie mam ze sobą mordoklejek z KRK, bo je uwielbia. No cóż Kochanie, nie tym razem - powiedziałem - po czym zanurzyłem się. Sami sobie dopowiedzcie w czym ;] Mała podpowiedź - wanny u mnie na piętrze nie ma ;)



Swoją drogą jest tu też coś takiego jak Instytut Polski. Prawie jak Goethe Institut czy Instituto Cervantes. Brzmi dumnie. No, ale położony w centrum Pesztu, tuż nad pierwszą linią metra (o której kiedy indziej), przy ekskluzywnym deptaku i sklepie Louis Vuitton. Mają bibliotekę, do której jutro albo kiedy indziej się przejdę.

Nie pamiętam czy przekazywałem wam świetną wiadomość o posiadaniu miesięcznego biletu. Otóż mam taki, dzięki uprzejmości Dóry, którą z miejsca pozdrawiam i zapraszam na noc (szkoda nie rozumie tego co tu piszę). Ten kawałeczek papieru trzeba za każdym razem kanarom pokazywać w metrze czy nocnych autobusach. Niewygodne to-to, ale co zrobić? Nie dorobili się jeszcze kart magnetycznych chyba.



A na koniec z powodu, iż nie rozumiem tutejszego narzecza, wklejam zdjęcie drzwi z klamką pośrodku i stojącym rowerem, który wepchnął się w kadr.

piątek, 4 września 2009

Pre-paid


Jestem w szoku. Czegoś takiego sobie nigdy nie wyobrażałem. Ale po kolei, jak mawiał mój znajomy dróżnik.

Stwierdziłem, że wartoby kupić sobie węgierską kartę coby nie płacić horrendalnych stawek za roaming. Łażąc po mieście przyglądałem się różnego rodzaju kioskom, ale mimo mojej (nie)znajomości węgierskiego byłem w stanie stwierdzić, że starterów to tam nie mają. Na szczęście wczoraj przypadkiem spotkałem się z Dórą, która nota bene jest też mentorką dziewczyny z Krakowa, którą poznaliśmy na wydziale, i pomogła kupić takowąż.

bombel dziwi się poraz pierwszy. Starter można kupić tylko w punkcie sprzedaży operatora. No ok. Niech im będzie. Poszlismy więc do siedziby T-Mobile (przyszła zapewne nazwa Ery) by nabyć starter drogą kupna. Oczywiście numerki, srurelki, kolejki. Dobry czas, żeby się poznać i pogadać. Okazało się, że trafiłem na fankę futbolu :) W końcu przyszła nasza kolej.

bombel dziwi się poraz wtóry. FORMALNOŚCI?! Łot de fak?! Musiałem pokazać dowód, spisali chyba wszystkie z niego dane, musiałem się podpisać pod jakimiś świstkami w madziarskim. No kurka. W PL idziesz do kiosku i kupujesz kartę. Żadnych problemów. Kurde.

bombel dziwi się poraz tróry. Za starte płacę 4050ft, a do wykorzystania mam 2700ft. Za co reszta za przeproszeniem? Ech... Ale przynajmniej nie muszę się martwić o bankructwo. No i mam fajny numer: +36304151673. Zapisać i zapamiętać!

Dojazd.

Powinienem przed opisaniem jak najlepszej drogi dotarcia do Budapesztu skoncentrować się raczej na formalnościach, które należy spełnić. Ale nie chce mi się :)

Budapeszt, stolica Węgier, położna w północnej częsci kraju, nad Dunajem. Z Warszawy będzie jakieś 850 km. Nie jest jakaś oszałamiająca odległość, trafić jest naprawdę łatwo, a sposobów jest kilka. Przyjrzyjmy się im z punktu widzenia bombla.

Po pierwsze - samolot. Kiedyś było bardzo fajnie, gdyż ponieważ z WAW do BUD latał sobie WizzAir. Co by nie mówić o tej taniej linii, to koszt za bilet w jedną stronę kształtował się w okolicach jakichś 150 zł (w cenie bagaż 20 kg i nawet skórzany fotel!). Ale z niezrozumiałych dla mnie przyczyn trasa ta została skasowana, najprawdopodbniej zapełnienie nie było za wysokie. A szkoda... W tej chwili zostały tylko państwowe linie lotnicze - LOT i Malév. Koszt za lot to ok. 450-500 zł w jedną stronę. No chyba, że trafi się na promocję, które się zdarzają, ale ciężko przewidzieć kiedy i w jaki sposób się one pojawiają. Plus tego środka transportu to przede wszystkim SZYBKOŚĆ. Lot trwa ok. 2 godzin, dosłownie chwila. Minusy są moim zdaniem trzy. Pierwsze primo - cena. Drugie primo - ograniczenie bagażowe. Trzecie primo - Ferihegyi Nemzetközi Repülőtér. Lotnisko jest jednak położone te 16 km od centrum, co ogranicza mobilność, tym bardziej, że odjeżdżają z niego tylko stojące w korkach autobusy, albo stojące w korkach taksówki.

Kolejny środek transportu - pociąg. Z Warszawy o godzinie 21 odjeżdża codziennie pociąg do Pragi/Wiednia/Budapesztu (tak, naraz), który na dworzec Keleti zajeżdża o 8.32. Bilet wg informacji kosztuje jakieś 300 zł w jedną stronę. Ale jeśli jesteś studentem, to wiesz, że bezpośredni kontakt i wystanie swojego w kolejce daje korzyści. I tak jest też w przypadku PKP Intercity. W kasie międzynarodowej można się dowiedzieć, że na każdy pociąg międzynarodowy przypada pula 6 biletów w cenie promocyjnej 130 zł. Można oczywiście dokupić sobie miejsce leżące (tylko 10 EUR!) lub w wagonie sypialnym (ok. 100 zł, ale głowy nie dam). Polecam dopłacenie tych 30 zł i wtedy podróż jest całkiem przyjemna. Można bez problemu przespać się w kuszetce w pozycji sprzyjającej regeneracji organizmu (znaczy na leżąco). Kolejną zaletą jest brak ograniczenia liczby bagażu - mi udało się przewieźć dwie duże walizki, plecak, torbę na ramię i torbę na laptopa. Wystarczy trochę pokombinować w przedziale i wszystko się gdzieś pomieści. No i przede wszystkim ląduje się już w Peszcie, na Keleti pályaudvar. Od razu przy stacji jest stacja metra (linia nr 2) i budowana od dwóch lat stacja "czwórki", która zostanie zakończona za dwa lata. Minusy? Czas podróży - 11 godzin 32 minuty. Jedyne pocieszenie, to to, że jest to pociąg nocny i można spać. Wiem, że jest też pociąg z Krakowa, ale o tym mieście nic nie wiem ;)

Ostatnim bezpośrednim środkiem transportu jest własny samochód. Najszybsza droga wynosi ok. 840 km, przy czym jest to najszybsza droga. Zajmie ok. 10 godzin i 40 minut. W Polsce jedzie się głównie Katowicka Strasse, więc można bez obaw depnąć i dojechać nawet szybciej. Jeśli masz kombi, ale wystarczający samochód, żeby zabrać bagaż to jest to nawet fajna opcja. Tylko, że trzeba mieć kierowcę, który ma dużą dozę cierpliwości i lubi jeździć daleko. Załóżmy, że jedziemy samochodem, którego spalanie wynosi ok. 7,5l/100km. Potrzeba będzie ok. 65l benzyny w jedną stronę, czyli jakieś 280 zł (przy założeniu, że benzyna kosztuje 4,40 zł/l). Wypada zwykle dać na wachę dla kierowcy na powrót, więc to będzie jakieś 560 zł. Drogo dosyć, długo dosyć, ale masz własny bagaż podwieziony pod samą kwaterę (o ile znajdziecie miejsca parkingowe). Nie polecam generalnie.

Są jeszcze dwa inne wyjścia. Jedno z nich to transport kombinowany. Z Warszawy wsiadacie do pociągu Interregio lub innego do stacji Kraków Główny i z tegoż miasta autokarem firmy OrangeWays trafiacie na dworzec autobusowy przy stadionie Ferencvarosu. Koszt w jedną stronę to ok. 100 zł, a jak w dwie to nawet 160 zł. Jest to zdecydowanie najtańsza opcja. Można być też hardcorem i pojechać stopem, wyjdzie wtedy darmo. Ale nie mam żadnych doświadczeń związanych z tym sposobem podróżowaia, więc nic nie radzę na ten temat.

Generalnie dojazd do BUD nie jest zbyt kosztowny i jest dosyć zróżnicowany. Jak to się mówi, dla każdego coś miłego :)

Enneagram


CookieMonster natchnął mnie w jednej ze swoich ostatnich notek do ponownego wykonania enneagramu. O dziwo wynik mi się tak samo zmienił.

Z osoby agresywnej, dynamicznej, energicznej, która jest jednocześnie ekstrawertykiem kochającym ryzyko i ze skłonnościami do uzależnień stałem umoralniającym kaznodzieją, który niekoniecznie ma rację, jest pełen agresji i dąży przede wszystkim do zapewnienia sobie odpowiedniego statusu materialnego, a także ma trudność w zachowaniu wierności w związku małżeńskim i jednocześnie jest bardzo lojalny wobec przyjaciół.

Co więcej kontakty z piątkami, czyli osobnikami pokroju Q. powodują chęć zastanawienia się nad sobą, własnymi czynami, kontemplacji przeżyć i zdarzeń. Przebywanie w ich obecności uspokaja.

Naprawdę ciekawy wynik i materiał do przemyśleń. Szkoda, że nie robiłem enneagramu przed styczniem 2007 (a może robiłem, tylko nie pamiętam?). Ostatnio test robiłem jakieś półtora roku temu - okres w życiu, w którym wszystko odczuwałem pesymistycznie, dążyłem do samozagłady, popadałem w kolejne nałogi. Nie było mi wesoło i generalnie problemów było więcej niż sukcesów. I nagle coś się zmieniło. To było zanim jeszcze zmieniłem pokój (więc nie jest to na pewno zbawienny wpływ czerwonego sufitu), do tego grubo po "zawieszeniu" politechniki (więc nie zachwyt wolnością i luzem). To było w okolicach lutego/marca. Nagle zaczęło się wszystko mi udawać, każde koło, egzamin, procedura, Erasmus. Po prostu natłok sukcesów. I tu pojawia się pytanie. Dlaczego?

Dlaczego?

Może, to że w życiu dzieje się dobrze bądź źle powoduje zmianę w zachowaniu?

Może po prostu dorastam i zmienia mi się podejście do życiu?

Może wręcz przeciwnie obojętnieję na problemy i koncentruję się na doraźnych celach?

Nie wiem i chyba nigdy się nie dowiem.

czwartek, 3 września 2009

Hanne Hukkelberg


Moje gusta muzyczne są czasem tak jak znajomość dowcipów jednego z bohaterów "Rejsu". Lubię zwykle słuchać to co znam. Ale czasem nachodzą mnie takie momenty, żeby szukać nowych rytmów, nowych dźwięków. W ten sposób stałem się fanatykiem ska (i niech nikt się nie waży mówić, że to reggae z trąbkami, bo zabije!), zakochałem się w Cult of Luna czy nawiązałem romans z elektronicznym MGMT. Dziś znowu to poczułem.

Lubię muzykę w wykonaniu wokalistek. Nie wiem czemu. Może dlatego, że uwielbiam kobiecy głos? W każdym bądź razie chętnie podsłuchuję w przerwach między ciężkimi gitarowymi riffami a elektronicznymi bitami popisów pięknych pań o pięknych głosach. Nelly Furtado, Duffy, Katy Perry, Amy McDonald.

Po tym przynudnym i przydługim wstępie przechodzę do sedna. Jestem zauroczony. Hanne Hukkelberg. Norweżka urodzona w Kongsberg, śpiewająca po angielsku, doświadczona jazzowo i heavy metalowo. Wokal delikatny, ale jednocześnie ma w sobie tę charyzmę, która sprawia, że siedzę na tarasie, popijam Staropramena i podziwiam widok na
Jánoshegy. Muzyka w tle delikatna, ale wyrazista - przy pomocą głównie gitary maluje pejzaże pełne emocji. Jest też pianino, trochę sentymentalne, trochę smutku w nim. Czasem mam wrażenie, że słucham Sigur Rós. Czy to już jest post-rock czy jeszcze pop?

Nie potrafię pięknie pisać o muzyce. Nie umiem nazwać uczuć, jakie towarzyszą mi danemu utworowi. Dlatego wychodzę z założenia, że zamiast tysiąca słów wystarczy ledwie kilka taktów muzyki.

Hanne możecie znaleźć tu

Hanne Hukkelberg
"Blood from a Stone"
2009

bombel a Liga Mistrzów

To było dawno. Rok pamiętny 1995. Rok, w którym miliony Polaków przestało być milionerami. Rok, w którym Prezydentem RP został (prawie) magister Aleksander K. Rok, w którym za najlepszy film uznano historię o facecie w spódnicy, który malował twarz na niebiesko. Rok, w którym Legia warszawa grała w fazie grupowej Ligi Mistrzów.

Pamiętam to jak dziś, jak po ciężkim dwumeczu z IFK Goeteborg polska drużyna wygrywa. Ta radość, której rok wcześniej brakowało po pojedynku z Hajdukiem Split. Potem losowanie. Legia trafia do grupy ze Spartakiem Moskwa, Blackburn Rovers oraz Rosenborg Trondheim.

Pierwszy mecz - 13 września 1995 roku. Przeciwnik - mistrz Norwegii. Pamiętam, że siedziałem wtedy po lekcjach u Magdy, bo w domu nie było rodziców (a może byli?), a potem po powrocie do domu nie było prądu. Nie może nie być prądu w dniu meczu! Na szczęście w porę wrócił i mogłem oglądać ten pojedynek. Patrzcie i wyobrażajcie sobie so 8 latek mógł wtedy czuć:



Potem były porażki ze Spartakiem (paskudny Czerczesow!), zwycięstwo i remis bezbramkowy z Blackburn z Shearerem w składzie (pisałem o tym meczu wypracowanie na angielski), wreszcie szczęśliwy awans do ćwierćfinału, dzięki Anglikom. Potem tylko epicki pojedynek z Panathinaikosem na błotnisku (czemu nie strzelali wtedy po ziemi? Wandzik wszystko by wtedy puścił). Żadna polska drużyna nie zaszła tak daleko od tego czasu.

Potem rok 1996. Widzew kontra Broendby. Pojedynki z Atletico, Borussią (która nota bene wygrała tamtą edycję LM) i Steauą Bukareszt (nie umiałem wtedy tej nazwy wymówić). Eksplozja talentu Marka Citki. Rewanż Legii na Panathinaikosie w Pucharze UEFA. Też był dobry rok.



Od tamtego czasu były chwile triumfu - a to Wisła klepiąca Schalke, Parmę i strasząca Lazio. A to Dyskobolia gnojąca Herthę i ManCity. Lech wychodzący z grupy i walczący z Udinese. Ale to już nie jest ta skala. Nie ten puchar. Gdzie jest dziś Puchar UEFA - Liga Europy, a gdzie Liga Mistrzów? Różnica klas jest ogromna...

Na szczęście mam swoje wspomnienia, których nikt i nic mi nie zabierze :)

bombel w Budapeszcie.

Wiecie co? Podoba mi się tu. Co z tego, że mówią w języku, który mógłby zrobić karierę w Śródziemiu. Jest naprawdę zajebiście. Ludzie są weseli, otwarci, miasto spokojne i jednocześnie jest co robić. Ale to co rozwaliło to system komunikacji miejskiej. Każdy słyszał zapewne o filmie pt. "Kontroler". Oczywiście nie oglądałem go, ale chyba wiem o czym może być. Przyjrzyjmy się następującym chwilom z życia bombla.

Scenka pierwsza: w metrze nie ma bramek w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Wchodzisz na stację i widzisz kasowniki, gdzie możesz sobie jednorazówki skasować, natomiast szczęśliwi posiadacze miesięcznych muszą specjalnie pokazać swoje bilety kontrolerom, którzy sobie stoją szczęśliwi tuż przed schodami. Swoją drogą stacja Moszkva ter jest strasznie głęboka. Centrum to przy niej pikuś - jedziesz i jedziesz, aż uśniesz. Jak wychodzisz to też mogą sprawdzić bilet, ale nie muszą. Chyba od humoru to zależy.

Scenka druga: noc. Ciemna i głucha. No dobra. To nie Warszawa, więc nie ma co się oszukiwać. Ludzie są i muszą się przemieszczać, a Budapeszt jest większy od WAW, więc i system może być bardziej skomplikowany. Tak mi się wydawało przynajmniej. Anna-Linda zachwalała budapesztańską komunikację nocną, jako najlepszą w Europie. Polemizowałbym w sumie - w Wawie naprawdę dobrze się porusza nocą. Chyba nawet lepiej niż w dzień. Łot Ewa. Z pomocą Panki (czemu nie jest moją mentorką? :D) udało mi się znaleźć autobus bezpośrednio z centrum Pesztu aż prawie pod moją miejscówkę. Sieć jest bardzo rozbudowana, linii jest dużo, a trasy są dosyć skomplikowane. Na szczęście informacje na przystankach są na tyle czytelne, że człowiek jest w stanie się połapać. Na pewno lepiej niż w Madrycie. Najbardziej rozwalił mnie fakt, że przed wejściem do każdego Ikarusa (tak, te same gruchoty co w Wawie!) stoją kontrolerzy i sprawdzają bilety każdemu, kto wchodzi do autobusu. Zajebisty sposób na bezrobocie :D

Generalnie wrażenia po pierwszym dniu mam naprawdę pozytywne. Muszę się nauczyć tylko chorego przelicznika z forintów na złotówki i myślę, że wtedy będzie super. Jutro idę walczyć z formalnościami na ELTE. 3majcie kciuki za bombla i liczcie się z częstymi wpisami o głupotach i o rzeczach, które będą mnie zadziwiały w tym mieście :)

środa, 2 września 2009

BUD podejście nr 3

Dobra. Cola w żołądku, właśnie spożywam śniadanie, wiatraczek mnie chłodzi i jestem na tyle przytomny, żeby spłodzić cokolwiek.

Od początku. Podróż w pociągu pospiesznym Intercity bezpośrednio z WAW do Keleti pu. Podróż naprawdę wygodna, tylko nie jestem w stanie zliczyć ile razy walnąłem głową w "sufit". Z A. gadaliśmy chyba do 3, sen był krótki i w ogóle z kuszetki nie chciało mi się wychodzić. Jechała z nami studentka ELTE, która pracuje w Instytucie Polskim, więc dostaliśmy już od niej zaproszenie, żeby się tam przejść. Jest tam biblioteka, więc mam nadzieję, że będą jakieś ciekawe lektury. Jak pozałatwiam sprawy na uczelni, to się tam zabiorę.

Dworzec Keleti jest piękny. W Polsce nie ma porównania z żadnym. XIX-wieczny, styl francuski. Coś w stylu Gare Saint-Lazaire. Ale i tak bardziej mi się podoba Atocha :) Zdjęcia powrzucam, jak się wybiorę na zwiedzanie. Co ciekawe, osoby bez biletu nie mogą w ogóle wejść na peron. Muszą przed bramkami stać. W sumie jakiś sposób na bezdomnych.

Na miejscu czekała moja kochana mentorka Dóra. Pomogła mi kupić miesięczny, podprowadziła do metra i powiedziała jak dojechać na Varosmajor utca. Niestety nie podjechała ze mną do Budy :( Trochę ciężko się było poruszać z tobołami, ale jakoś dałem radę. Nawet trafiłem na miejsce bez żadnych podpowiedzi i się nie zgubiłem.

To tyle na temat dojazdu. Później napiszę coś ciekawszego i sensowniejszego.

BUD

Siedzę właśnie w moim nowym pokoju, wiatraczek mnie chłodzi, jestem niewyspany, moją notkę, którą spłodziłem w nocy szlag trafił i nie mam coli. Nie chce mi się dziś nic pisać.