piątek, 13 listopada 2009

János-hegy

Jak wiecie bombel jest człowiekiem sportowym (homo sportis). Siedzenie na tyłku źle na mnie wpływa. Muszę przejawiać jakąś aktywność ruchową. Ostatnio niestety miałem pewne problemy nożne, ale powoli mijają, choć ciągle boli. Ale jakoś trzeba żyć. Amputacji dokonam dopiero po przyjeździe do kraju na stałe.

Ale do rzeczy. Obudziły mnie dzisiaj promienie słoneczne i stwierdziłem, że dziś jest ten dzień. Dzień, w którym zdobędę najwyższe wzniesienie w Budapeszcie. Górę Janusza (János-hegy) - 527 m n.p.m. Niedużo, zważywszy, że wspinałem się po Tatrach, ale lepszy rydz niż nic. Zjadłem, ogarnąłem się i ruszyłem. Na przystanek autobusowy. Wlazłem w 22 i dojechałem do stacji kolejki dziecięcej (o której za chwilę). Ale! Dalszy odcinek pokonałem na pieszo. Znak na szlaku mówił, że czeka mnie 30 minut marszu. Cóż, oznaczenie czasowe tak jak w polskich górach mnie nie dotyczą - muszę sobie czas o połowę zawsze skracać. Nachylenie nie było zbyt duże, cały czas szło się w lesie, więc widoków i ekspozycji brak. Po 15 minutach doszedłem na szczyt. A nie byłem właściwie przygotowany. Właściwie to powinienem sam siebie zbesztać - płaszcz i adidasy, nic do picia. Na usprawiedliwienie powiem, że to miał być cały mój marsz.

Czyli szczyt. Szybko go osiągnąłem i nawet się zdziwiłem, że to już. Na miejsu wyłonił się wielki, świetlisty fallus (sorry, nie ta kartka). Na miejscu wyłoniła się wieża widokowa (Erzsébet-kilátó). Wstęp do niej bezpłatny. Wchodzę na pierwszy taras - widok zaje. Wchodzę na sam szczyt i widok stamtąd naprawdę powalał na kolana. Widziałem całą niemalże Budę i do tego niezły kawał Pesztu (zidentyfikowałem bez problemu budynek Parlamentu). Na upartego moją hacjendę też było widać, ale ciężko zidentyfikować pośród wszystkich domów. Po drugiej stronie za to widać było pola i wsie. I na każdej górze maszty telefoniczne, telewizyjne i radiowe. Po prostu pięknie. Ciekaw jestem jak wygląda rozświetlone miasto po zmroku.

Powrót planowałem w sposób zmechanizowany. Najpierw kolejką dziecięcą do Szechenyi-hegy i stamtąd kolejką zębatą pod dom. Ale. Pomyliłem szlaki :D Znak mnie trochę wywiódł w pole i zamiast w lewo, skręciłem w prawo. Nie zgubiłem się, tylko inną drogą trafiłem z powrotem na przystanek autobusu 22. Mogłem również dostać się na dół wyciągiem krzesełkowym (Libegő), ale jakoś nie ciągnęło mnie do niego. Może jak ktoś do mnie przyjedzie, to się w kilka osób tam wybierzemy. W celach informacyjnych, przejazd kolejką dziecięca (nazywa się tak, bo większość funkcji, takich jak zawiadamianie pociągów czy sprzedaż biletów, pełnią dzieci; maszyniści są dorośli) kosztuje w jedną stronę 500Ft, chyba że trafi się parowóz, wtedy 700Ft. Niedużo. Natomiast kolejka zębata należy do systemu komunikacji publicznej Budapesztu (linia nr 60) i bilety normalnie w kioskach po 300Ft. Chyba, że ma się miesięczny jak ja ;)

Szedłem czerwonym szlakiem, wróciłem żółtym.

Widoki w trakcie wędrowania.

Erzsébet-kilátó



Kilka widoków z wieży. Pierwsze zdjęcie z niższego poziomu, dwa następne z wyższego. Niestety, nie robią obiektywów szerokokątowych do telefonów komórkowych :(

wtorek, 10 listopada 2009

Terror Háza

Mieszkam już w Budapeszcie trzeci miesiąc i szczerze powiedziawszy, nie zwiedziłem za dużo. Tak wiem, jest leniem. Ale nie poradze nic na to i jednocześnie dobrze mi z tym ;) Dziś jednak uległem namowom B. i K. i stwierdziłem, że pójdę do muzeum się odchamić. Wybór padł na Dom Terroru.

Dobra, wystarczająco was wystraszyłem tą nazwą, ale do rzeczy. Jest to muzeum dokumentujące czasy dwóch dyktatur: nazistowskiej i komunistycznej. Tutaj mała dygresja. Wiem, że nie powinienem się śmiać ani szydzić z bolesnej przeszłości Węgrów, ale... Tutejsi naziole nazwali się strzałokrzyżowcami. Już samo to określenie brzmi debilnie, a ich logo (czerwona flaga, białe kołeczko pośrodku i cztery strzałki) wygląda jakby zaprojektował je jakiś Jacyków czy inny luzer. Ale dobra, temat poważny i będę ich nazywał naziolami, bo nimi byli.

Muzeum jest położone przy Andrássy út 60, czyli samo centrum, najlepsza ulica w mieście. Kamienica też niczego sobie, z końca XIX wieku. W przeszłości mieściła się tu najpierw siedziba główna nazioli, a po wojnie komuchy ulokowały miejscową tajną policję w tym samym miejscu. Ulokowanie tu muzeum było więc całkowicie normalne. Bardzo ciekawy efekt osiągnięto przez wydłużenie dachu ponad budynek i zrobienie prześwitu w kształcie gwiazdki, strzałek i napisu "TERROR", który może rzucać cień na chodnik. Ale nie wiem czy to robi, bo deszcz padał i nie było słoneczka.

Jeśli chodzi o samą wystawę, to wije się ona przez cały niemalże budynek. Jest to muzeum nowej generacji, coś w stylu Muzeum Powstania Warszawskiego (tyle, że to w Warszawie dużo większe i bardziej interaktywne jest). Proporcja eksponatów i tematyki przechyla się na korzyść lat 1945-89, z racji długości. Choć niektórzy dopatrywali się jakichś podtekstów politycznych (które pewnie były, ale nie mnie to oceniać). Ale żeby objąć całość, to zaczyna się od roku 1920 i traktatu w Trianon (Węgrzy mają kompleks), potem okres II wojny światowej, rządy nazioli, "wyzwolenie" przez czerwonych, kolektywizacja, rewolucja 1956 i generalnie życie w komuniźmie.

Ekspozycję oceniam bardzo wysoko. Wszystko sensownie rozplanowane, ciekawe eksponaty, ilustracja muzyczno-filmowa robi wrażenie (rock w trakcie filmów o inwazjach na Węgry miodzio!). W dziedzińcu kamienicy ustawiono wielką ścianę z fotografiami ofiar i czołgiem (T-34? nie wiem, o wypowiedź proszę ekspertów). W jednej z sal jest Czarna Wołga, która w pełnej ciemności rozświetla się na czerwono w środku. Są nawet walonki (zsyłki na Syberię). Stare radia, metalowe kielonki na wódkę, propagandowe plakaty. Można założyć na uszy słuchawki ludzi z łączności, odebrać telefon, w którym ktoś coś po madziarsku gada. Masa filmów dokumentalnych leci w tle. Piwnice... Zjeżdża się do nich windą z drugiego piętra, zajmuje to około 5 minut. W tym czasie ogląda się film, na którym facet opowiada, jak wygląda wykonywanie kary śmierci. Potem tylko gorzej. Realnie odtworzone cele. Wszedłem do jednej i poczułem się strasznie nieswojo - zimno, brudno, śmierdzi, wyposażenie jak w rzeczywistości. Łaźnia, izolatka, w której stało się na przestrzeni 1 m^2. Wreszcie sala, w której stoi szubienica, w tym momencie zrobiło mi się niedobrze. Potem, jeszcze tylko przejście przez salę, w której stało kilka następnych szubienic i wyjście na powierzchnię. Dobrze, że nic nie jadłem przed wejściem. Piwnice robią wrażenie, naprawdę. Tak jak kiedyś wizyta w katowni Gestapo na Szucha. Brrr...

Wadą według mnie jest bardzo mała ilość napisów po angielsku przy eksponatach czy cytatach. Można co prawda wypożyczyć angielskiego audio-przewodnika, ale to nie to samo. Nie lubię przewodników w muzeach, wolę sam wszystko oglądać. Pamiątki w sklepiku drogawe, ale nie przesadnie - przewodnik po BUD za 4500Ft. No dobra, drogo :) Nie we wszystkich filmach są napisy po angielsku. Aha, wstęp dla osób w wieku od 8 do 26 z krajów UE wynosi 900Ft.

W środku jest pełen zakaz robienia zdjęć, dlatego skorzystam z galerii umieszczonej na oficjalnej stronie Domu Terroru.










niedziela, 8 listopada 2009

pg.lost

Zakochałem się. Co prawda nie w kobiecie (a szkoda), ale w piosence. Swoją drogą ostatnimi czasy jakoś tak często zdarza mi się, że odchodzę od utartych muzycznych przyzwyczajeń i szukam. I teraz wpadła mi w łapki szwedzka grupa post-rockowa (dlaczego dla tak fajnej muzyki wymyślono tak debilną nazwę?) o nazwie pg.lost. Pisane z małej litery z kropką w środku. Muzyka. Bez wokalu. Czyste piękno. Chyba się sentymentalny na starość robię. Więcej muzyki na ich spejsie.



PS: Zapraszam na nowego bloga "Sketchlessness", do którego link jest po prawicy bloga. Oglądać obrazki. Tako rzecz bombel.

piątek, 6 listopada 2009

bombla perypetie z podróżą do Polski

Przepraszam wszystkich stęsknionych, że dawno nie pisałem, ale miałem kilka powodów, przez które straciłem wenę. A potem do Polski przyjechałem na parę dni. Niestety z powodów własnej głupoty - głównie niepomyślunku o wykorzystaniu mp3 playera jakos pendraka nie wrzuciłem tej notki już po przyjeździe, a dopiero teraz. Tekst napisałem w drodze z Budapesztu do Krakowa. Tyle tytułem nudnego wstępu i zapraszam do lektury ;)

"Jak zapewne pamiętacie (albo i nie), kilka miesięcy temu napisałem notkę o sposobie dojazdu do Węgier. Wspomniałem między innymi o transporcie kombinowanym, mianowicie o autokarze OrangeWays do Krakowa, a potem z grodu Kraka do grodu Warsa i Sawy. No i postanowiłem wybrać tę opcję na podróż do kraju na czas ferii jesiennych.

Bilet zakupiłem elegancko przez Internet w połowie września, kiedy siedziałem bezczynnie w pokoju z nogą w gipsie. Ach, kocham transakcje przy użyciu kart kredytowych. Nie musisz się ruszać, a wszystko samo do ciebie przychodzi. Koszt oczywiście nie był duży, więc byłem podwójnie ukontentowany. Super. Daty też bardzo mi pasowały - wydłużały moje ferie do 10 dni. Miałem wyjechać w czwartek 22 X, a wrócić 1 XI. Ale nie uprzedzajmy faktów (by Boguław Wołoszański).

Aż nadszedł październik. Jesień, preludium kłopotów. Ale o tym może innym razem. Żeby nie było, jesień bardzo lubię. Ale ad rem. W pewne piątkowe popołudnie dostałem maila od OrangeWays z informacją, że moja czwartkowa podróż z przyczyn technicznych została odwołana. Przewoźnik bardzo przeprasza, kaja się, błaga Pana o wybaczenie i gwarantuje zwrot pieniędzy. Co mi po 7500Ft, kiedy nie mam kasy, a siedzenie bezczynnie bez środków do życia i imprezowania może być frustrujące. Dodatkowo dali opcję przebukowania biletu (Geez, prawie jak w WizzAirze) lub w swej wspaniałomyślności i miłosierdziu opcję na pociąg z BUD do KRK na środę wieczór. Mój tok myślenia był następujący: pojadę sobie w środę wieczorem, w czwartek o świcie będę w kraju i na Mazowsze dojadę 12 godzin wcześniej niż planowałem. Najs! Zadowolony z siebie wysłałem maila z "reklamacją" i informacja, że chcę pociągiem jechać. Było to 11 października.

14 października wysłałem maila jeszcze raz, na drugi adres (bo podane były dwa), tak dla pewności. Odpowiedzi żadnej nie dostałem. Wkurzyłem się, a że byłem już dostatecznie sfrustrowany życiem, to Cookie może potwierdzić czym może objawiać się agresja u bombla. Pojechałem do "biura" ichniego w Budapeszcie, które mieści się przy Ulloi ut, przy stadionie Ferencvarosu. Pani przy biurku powiedziała, że to tylko punkt sprzedaży i nie może mi pomóc. Czyżby była koniem? Zadzowniłem do CallCentre. Miła pani w telefonie powiedziała, że nic nie wie i nie może mi pomóc. Ale powiedziała, że zadzwonią, jak coś będą wiedzieć. Nie zadzwonili. Wysłałem kolejnego maila (dobrze, że bez pogróżek), oczywiście żadnej odpowiedzi, tak jak się spodziewałem. W końcu znowu zadzwoniłem w ten wtorek. Miła pani w telefonie (ale inna niż wcześniej) powiedziała, że z moim biletem jest wszystko w porządku i w czwartek mogę spokojnie udać się na Nepliget, w celu iżby pojechać do Polski. Zrobiłem minę w stylu o_O, stałem się confused, ale pomyślałem, że fajnie.

Wstałem o 5 rano w czwartek. Noc ciemna i głucha. Zrobiłem sobie zajebiste kanapki z serem, wędliną, papryka, keczupem i majonezem. Spakowany udałem się w miejsce odjazdu, a tam dwa autobusy - jeden do Pragi, drugi do Wiednia. "Kurva!" pomyślałem, po czym wróciłem do mojego penthouse'u w Budzie. Poczekałem do 10, zadzwoniłem do CC. Kolejna miła pani w telefonie powiedziała, że dzisiaj (znaczy w czwartek) nie jeżdżą do Kraka. Ale po spojrzeniu w mój e-ticket stwierdziła, że mają problem, przepraszają, kajają się, padają na kolana przed Panem i w ramach zadośćuczynienia przebukują bilet na piątek. Dobra, pomyślałem, bo chcę przyjechać jak najszybciej. (O śnieg w górach na Słowacji jest!). Szczęśliwie ten autobus normalnie jedzie, czego jesteście świadkiem, gdyż piszę siedząc w nim. Oczywiście notkę umieszczę jak uzyskam dostęp do sieci, a więc nie wiem kiedy.

Podróż dzisiejszym autobusem niestety rodzi pewne problemy. Otóż, autobus z Budapesztu wyjechał o 14:00, a do Krakowa przyjeżdża o 21:30. O tej porze mniej więcej jest tylko jeden pociąg do Warszawy, o 22:44. Jest to zwykły pośpieszny przez Katowice i Częstochowę. Do Wawy dojeżdża o 4:40... Potem jeszcze tylko pociąg do Żyrardowa o 5:20 i o 6:09 jestem w moim rodzinnym mieście. Jak łatwo policzyć podróż zajmie mi około 16 godzin.... Ale cóż, trudno się mówi. Najważniejsze, że jadę i "niedługo" znowu zjem prawdziwy obiadek :) a może nawet zdążę dziś do BK iść? Kto wie, kto wie.

Jadąc i pisząc słucham:

David Gilmour
[On an Island]"

czwartek, 15 października 2009

Wieprzowina ze śliwkami, pieczarkami i miodem

Rewanżując się Dórze (oraz B. i K.) za zeszłotygodniową kolację postanowiłem przygotować i ja coś na kolację przyrządzić. Długo nie mogłem wpaść na żadną sensowną ideę. Jedynym wyznacznikiem było to, że została nam po kolacji butelka czerwonego wina. A do czerwonego wina najlepiej pasuje mięso czerwone. W końcu po długim przeczesywaniu pamięci mej oraz Internetu zdecydowałem się na potrawę z tytułu. "Jedynym" problemem było zrobienie zakupów, ale tutaj na szczęście Dóra okazała się pomocna i w Tesco nie czułem się zagubiony. Oczywiście jedno zioło nie to co trzeba kupiliśmy, ale to pikuś :) a oto sposób przygotowania dania. Aha, porcja dla 5 osób.

  1. 1,8 kg schabu wieprzowego kroimy w niedużą kostkę, wrzucić na rozgrzaną oliwę i smażyć 5-7 minut do uzyskania rumieńców przez mięsko. Po tym czasie odcedzić w durszlaku z nadmiaru tłuszczu.
  2. W miejsce schabu wrzucić dwie pokrojone "w piórka" cebule i smażyć ok. 2-3 minut. Następnie dodać 2 łyżki miodu, kielonek octu jabłkowego, niecałą szklankę białego, półsłodkiego wina, estragon według uznania (może być tymianek) oraz 200 g śliwek suszonych. No i oczywiście odcedzone mięso. Dusić przez 15 minut.
  3. Na drugiej patelni rozgrzać oliwę, wrzucić 250 g całych pieczarek i posolić dosyć obficie. Po 5 minutach powinny być rumiane. Dorzucić do garnka z mięsem i dusić przez kolejne 10 minut.
  4. Przyprawić solą, pieprzem, granulatem czosnkowym oraz łyżkę świeżej, pokrojonej pietruszki.
  5. Podawać z winem (niekoniecznie czerwonym) i tostami lub ryżem.



Tym razem miałem na uszach mp3 z:

Akurat [Prowincja]

poniedziałek, 12 października 2009

Kurczak z czerwoną fasolą w sosie pomidorowym

Z reguły jak sobie coś gotuję, to nie jest to jakoś przesadnie skomplikowana potrawa. Głównie jest to proste spaghetti albo inny makaron lub warzywka z ryżem. Ale czasem mi odbija i wtedy muszę zrobić coś lepszego i bardziej skomplikowanego. Muszę nasycić swoją potrzebę gotowania i poczuć się prawie jak kucharz. Dziś do zaproponowania mam potrawę z kurczaka.

  1. Dwa filety z piersi kurczaka nacieramy ziołami prowansalskimi i pozostawiamy na kilka minut, żeby przesiąkł aromatem.
  2. Mięso kroimy w kostkę i wrzucamy na rozgrzaną oliwę. Smażymy około 15 minut.
  3. Cebulę kroimy w kostkę i wrzucamy do smażącego się kurczaka.
  4. W momencie, gdy cebula zeszkli się całość zalewamy fasolą czerwoną w sosie pomidorowym. Można kupić gotową puszeczkę firmy Bonduelle (wersja dla leniwych i bombla) lub samemu przygotować. Wtedy musimy namoczyć 24 godziny wcześniej czerwoną fasolę, a z pomidorów przygotować sos według własnego uznania. Za dużo zachodu z tym. W każdym bądź razie, zalać i podgrzać. W międzyczasie przyprawić do smaku wedle uznania.
  5. Podawać z ryżem oraz "sałatką szwedzką", lub innymi warzywami marynowanymi. Do picia polecam piwo o lekkim smaku cytrynowym (jak na przykład Soproni Szőke Ciklon).

Sposób wykonania przypominałem sobie słuchając:

Yonderboi [Splendid Isolation]

niedziela, 11 października 2009

Visegrád

Pierwsza wycieczka, jaka została zorganizowana przez tutejszą odnogę ESN, była nad Balaton, a dokładnie do miejscowości Zánka. Niestety, ze względu na wypadki losowo-kolanowe nie mogłem wziąć udziału w obozie-melanżu. Cóż, nie dane mi jest tam jechać. Na ten weekend zaś zaplanowano wyjazd do Wyszegradu, na który z chęcią się zdecydowałem i jako pierwszy zapisałem się na wyjazd. Cena - jedynie 1500Ft.

Wyjazd. Początki są zawsze najtrudniejsze. I tak było tym razem. Zbiórka została wyznaczona na godzinę 9 przy kampusie, gdzie mam zajęcia. Spowodowało to jedną trudność - musiałem wstać o 7, żeby móc przygotować sobie jedzonko na drogę i samemu się ogarnąć. Wstawanie o 7 rano w sobotę zakrawa na zbrodnię przeciwko ludzkości. Jednocześnie tak wcześnie tu na Węgrzech jeszcze nie wstałem. Jakoś się udało i byłem na czas. Oczywiście wyruszyliśmy z kilkunastominutowym opóźnieniem, ale nie stanowiło to jakiegoś problemu, choć pogoda zaczęła się wyraźnie psuć. Po raz pierwszy temperatura spadła poniżej 20 stopni od kiedy tu jestem...

Sam Wyszegrad jest położony zaledwie 35 km na północ od Budapesztu, wśród malowniczych wzgórz i pagórków Średniogórza Północnowęgierskiego i w pobliżu Zakola Dunaju. Głównym celem wyjazdu było zwiedzenie zamku/cytadeli, który/a dał/a nazwę dla Grupy Wyszehradzkiej. Zamek jest położony na wzgórzu, jakieś 300 metrów powyżej rzeki, tak więc dojazd prowadził fajnymi serpentynami. Prawie jak w górach. Jak dojechaliśmy, to moje wyobrażenie świata okazało się błędne. Zamek owszem stał (i stoi). Ale jest to ruina. Nie mogę sobie wyobrazić, jak wałęsa i spółka podpisują porozumienie w ruinach. Przecież tam prawie nigdzie nie ma dachu. Ale dobra, nie tylko ruiny są w życiu ważne. Widoki z punktów widokowych naprawdę przednie. Zarówno na okoliczne wzgórza, jak i na Dunaj, jak i na miasteczko po drugiej stronie rzeki. Ach, jakbym był poetą i żył w XIX wieku to bym wiersz aż napisał. Były tam też wystawy broni (taki ubogi Wawel) czy figur woskowych (pokazali ucztę królów i bal). Są też inne atrakcje - można się na kucyku przejechać, można z łuku postrzelać, można się zakuć w dyby. Fajno, fajno. Wejściówka kosztuje 600Ft, gdyby ktoś był chętny.

W drodze powrotnej, zamiast do jakiegoś bliżej nieznanego z nazwy muzeum, organizatorzy najpierw zabrali nas na dużą polankę, gdzie był piknik i degustacja wina. Wreszcie zjadłem, troszkę się wypiło. Pomyśleć, że jako jedyny w grupce wiedziałem czym jest calimocho, no jeszcze Katja wiedziała. W ogóle zapoznałem się z grupką sympatycznych Litwinów (i Litwinek) oraz Finką. Północna grupka :D

Potem pojechaliśmy do Szentendre. Bardzo urokliwe miasteczko. Do Starego Sącza podobne, wg B. Ciasne uliczki, kolorowe i niskie kamieniczki, festiwal ludowy i drogie restauracje. Tak oto się rysuje obraz Szentendre. Ale z B. użyliśmy polskiego zmysłu, który pozwala na znalezienie taniej knajpy i mieliśmy browara po 400Ft :) Niestety dziewczyny, gdzieś nam zniknęły. A potem były "obrażone", że je zostawiliśmy. Ech, kobiety! W samym mieście jest dużo zabytków i muzeów (wina i marcepanu także) oraz cerkwi zbudowanych przez Serbów, którzy kiedyś tu żyli.

Po drodze ujrzeliśmy jeszcze dwie osobliwości. Pierwszą z nich było rzymskie miasto Aquincum, które wzięło swoją nazwę od ciepłych źródeł. Miasto było dosyć duże jak na swoje czasy. A jego ruiny też miłe wrażenie sprawiają. Podobały mi się bardziej niż Forum Romanum. Takie subiektywne odczucie. Drugą rzeczą był Megyeri híd - trochę przypominający Most Siekierkowski w Warszawie. Z mostem wiąże się śmieszna anegdotka. Węgrzy uruchomili ankietę internetową, w której wybierało się imię dla mostu. Zwycięzcą został amerykański komik Stephen Colbert, gdyż przeprowadził na łamach swojego programu akcję promocyjną. A usłyszał o tej ankiecie, gdyż bardzo długo prowadził w zestawieniu Chuck Norris. Ten Chuck. Dziwię się, że za taką złośliwość Chuck nie potraktował Colberta z półobrotu. Disturbing, very disturbing.

Na koniec skromna galeryjka:


Widok na zamek z poziomu rzeki. Zastosowano kilkukrotny zoom, żeby było go widać.

Zaczątek Szentendrei-sziget, która ciągnie się prawie pod sam Budapeszt - 35 km długości.

Uczta u Karola Roberta. Nawet nasz Kazio III Nagy został zaproszony.

bombel został zakuty w dyby. Była to kara za sianie publicznego zgorszenia.

Przykład zaawansowania technologicznego średniowiecznych Madziarów.

Spodziewałem się ślicznych i pociętych ramion. A tam tylko jakieś miecze i halabardy :(

Relację piszę w rytm świeżego (bo z 9 października) albumu:

Farben Lehre [Ferajna]

Do posłuchania na ich myspace.